Hej! Dawno mnie tutaj nie było. Muszę przyznać, że od ostatniego posta dopiero teraz znalazłam chwilę aby tutaj zajrzeć i napisać. A to dlatego, że na jutro nie mam nic naglącego i mogę bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia posiedzieć przy komputerze. Działo się tak dużo, że sama do końca nie wiem od czego zacząć. Podobno najlepiej od początku, ale nawet to jest trudne. Czuję, że ten post będzie zawierał więcej słów od moich wszystkich prac na próbnych maturach razem wziętych.
A skoro już o maturach mowa to po wspomnianej w poprzednim wpisie ustnej z angielskiego przyszedł czas na większy pogrom. Ustna z polskiego. Było zaskakująco dobrze jak na mnie, zanotowałam tendencję wzrostową gdyż wynik to 29/40. Z polskiej ustnej każdy wynik mnie zadowoli, byleby zdać, tematy to loteria teraz mogło mi pójść dobrze a za 1,5 miesiące może nie być tak kolorowo. Po maturach korzystając z pięknej pogody poszłam z Werą na spacer, podczas którego powstał nasz biznesplan "Flip i Flap. Malowanie na poziomie." Gwarantuję wam, że gdybyście nas zatrudnili mielibyście wymalowane ściany na najwyższym poziomie! Po rekolekcjach i próbnych maturach przyszedł czas na konkurs piosenki anglojęzycznej. Spędziłam go oczywiście na robieniu zdjęć i słuchaniu wykonań. Przegadałam go też z Wojtkiem, który swoją drogą zajął 2 miejsce. W przerwie konkursu mundurówka dopadła sprzętu dzięki czemu zostaliśmy uraczeni hitami prosto z osiemnastek czyli niczym innym jak disco polo. Wszystkim maturzystom obecnym na auli jednogłośnie zachciało się tańczyć i zaczęli żałować iż czas 18 już przeminął. Następnego dnia odbył się szkolny dzień wiosny, grupa teatralna przedstawiała "Zemstę" a potem były piosenki i wybór miss i mistera wiosny na wesoło. Aż smutno się zrobiło, że to już ostatni raz z tej szkole . Potem odbyła się próba na koncert Disney'owski. Tamten weekend spędziłam na oglądaniu filmu... ze studniówki. Choć nasza klasa płyt jeszcze nie dostało to do mnie dotarł dziwnym trafem film na pędraku. Ku mojemu zdziwieniu nagranie wyszło naprawdę świetnie i na szczęście będę miała całkiem fajną pamiątkę z tego balu. Ponadto oglądałam odcinki "Małych Gigantów", programu, który podbił moje serce od pierwszego obejrzenia.
A skoro już o maturach mowa to po wspomnianej w poprzednim wpisie ustnej z angielskiego przyszedł czas na większy pogrom. Ustna z polskiego. Było zaskakująco dobrze jak na mnie, zanotowałam tendencję wzrostową gdyż wynik to 29/40. Z polskiej ustnej każdy wynik mnie zadowoli, byleby zdać, tematy to loteria teraz mogło mi pójść dobrze a za 1,5 miesiące może nie być tak kolorowo. Po maturach korzystając z pięknej pogody poszłam z Werą na spacer, podczas którego powstał nasz biznesplan "Flip i Flap. Malowanie na poziomie." Gwarantuję wam, że gdybyście nas zatrudnili mielibyście wymalowane ściany na najwyższym poziomie! Po rekolekcjach i próbnych maturach przyszedł czas na konkurs piosenki anglojęzycznej. Spędziłam go oczywiście na robieniu zdjęć i słuchaniu wykonań. Przegadałam go też z Wojtkiem, który swoją drogą zajął 2 miejsce. W przerwie konkursu mundurówka dopadła sprzętu dzięki czemu zostaliśmy uraczeni hitami prosto z osiemnastek czyli niczym innym jak disco polo. Wszystkim maturzystom obecnym na auli jednogłośnie zachciało się tańczyć i zaczęli żałować iż czas 18 już przeminął. Następnego dnia odbył się szkolny dzień wiosny, grupa teatralna przedstawiała "Zemstę" a potem były piosenki i wybór miss i mistera wiosny na wesoło. Aż smutno się zrobiło, że to już ostatni raz z tej szkole . Potem odbyła się próba na koncert Disney'owski. Tamten weekend spędziłam na oglądaniu filmu... ze studniówki. Choć nasza klasa płyt jeszcze nie dostało to do mnie dotarł dziwnym trafem film na pędraku. Ku mojemu zdziwieniu nagranie wyszło naprawdę świetnie i na szczęście będę miała całkiem fajną pamiątkę z tego balu. Ponadto oglądałam odcinki "Małych Gigantów", programu, który podbił moje serce od pierwszego obejrzenia.
Po owym weekendzie brałam udział w ciekawym wykładzie
dotyczącym Etiopii i naturalnie odbywały się próby na środowy koncert. We wtorek ponownie wyszłam na scenę jako
Podstolina w "Zemście" a potem znów próba na koncert. W środę z kolei
jako czajnik (aka francuska pokojówka) z "Pięknej i Bestii" oraz muza
z "Herkulesa" przeżyłam kompromitację życia śpiewając na scenie.
Przysięgłam sobie, że to koniec mojej kariery solowej, to był pierwszy i
ostatni raz, szkoda słuchu widowni, i mojego stresu przy okazji. Choć nie powiem, koncert wyszedł całkiem niezły
a i ludzie podobno byli zadowoleni, nie licząc moich występów to i ja byłam
zadowolona. Po koncercie pewna dwójka odprowadziła mnie do domu a ja rozsiadał
się topiąc beznadziejny humor w czekoladzie oreo. Czwartek był dniem kryzysowym
i zasłonię go milczeniem. Za to piątek był już całkiem udany. W ciucholandzie,
na których podbój ruszyłam z Alą i Werą, dorwałam rewelacyjną torbę na aparat.
Wieczorem z kolei wyszłam na scenę po raz kolejny, powróciłam jednak do roli
Podstoliny. Sceneria była najlepszą w jakich dotychczas mieliśmy okazję
występować a powiedzenie znajdziecie na zdjęciach poniżej. Była pizza,
tulipany, ciepłe przyjęcie, śpiewające sprzątanie dekoracji i ciasteczka. Fajne
jest życie "aktora". W sobotę
z kolei poświęciłam czas kuzynce, która przyleciała z Irlandii, razem
pochodziłyśmy po mieście a potem pojechałyśmy do innej kuzynki gdzie zrobiłam
sesję zdjęciową ich dzieciom, małym kochanym brzdącom, które są moimi
osobistymi "Małymi Gigantami". W niedzielę scena ponownie należałam,
do naszej grupy teatralnej, z tą różnicą, że owa scena była już poznańska. Było
zwiedzanie zamku, oglądanie wystaw, i sesja zdjęciowa w kapeluszu. Zdjęcia
oczywiście macie poniżej. Po powrocie z Poznania udaliśmy się częścią grupy i
niedobitkiem na pizzę, która okazała się być najlepszą w mieście a sama
pizzeria jednym z najprzytulniejszych miejsc tutaj.
Chociaż poniedziałek był spokojny, to o dzisiejszym dniu nie
mogę tego powiedzieć. Od rana zasypał nas śnieg (dziękować że dzisiaj założyłam
trapery), potem deszcz, słońce i tak w kółko. Postanowiliśmy, że dzisiaj
dokończymy nagrywanie czołówki do studniówki. Akurat gdy mieliśmy możliwość
nagrania zerwała się taka nawałnica, że w przeciągu kilku minut byłam cała mokra.
Najzabawniejsze było nagrywanie sceny wyścigu, pojechaliśmy wtedy za miasto. W
ulewie ustawiliśmy się samochodami. Mateusz trzymał Ali parasol, która
nagrywała scenę. A ja obok nich z drugim parasolem. Mieliśmy tylko jedną próbę, gdyż nikt nie
chciał przemoknąć jeszcze bardziej (gdyby to było jeszcze możliwe). Trzeba się poświęcić gdy chce się z czołówki
zrobić kolejnych szybkich i wściekłych. Ale, gdy tylko kamera była gotowa cisnęłam
parasolem w pole i podbiegłam do samochodów aby wystartować ścigających się
Marcina i Olę (a Martę w rzeczywistości). Zabawne było to, że w przeciągu
godziny przemieszczałam się 4 samochodami (Agaty, Mateusza, Marcina i Maksa).
Mniej zabawne było to, że gdy skończyliśmy nagrywanie i wszyscy się rozjechali,
nagle się rozpogodziło i wyszło słońce. Za to jedno jest pewne, nagrywanie tych
scen będzie niezapomniane. Teraz tylko pozostaje wybrać zdjęcia do wspomnień,
muzykę i czekać na efekt końcowy. Którego zresztą jestem ciekawa! Nawet
bardziej niż zdjęć z imprezy. Właśnie, dzisiaj dostałam dzięki uprzejmości
Agaty kilka zdjęć ze 100. Nie uciekłam po ich zobaczeniu i mam nadzieję, że gdy
zobaczę resztę również nie ucieknę. Ale to pewnie dopiero po Świętach.
A teraz, idę spać, jest już grubo po północy ale post będzie
z wtorkową datą. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli tego za złe :)
Do następnego! :)
ps przeraża mnie ulewa i wichura za oknem, aż dziwne że ani
razu prądu mi nie wyłączono...
Czołówka jak Szybcy i Wściekli?? No no, musi być ciekawie!
OdpowiedzUsuńA ta pogoda to szkoda gadać, zmienna jak kobieta, haha! :)
Super zdjęcia.
mybeautifuleveryday.blogspot.com