czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt


Mówią, że w Wigilię dzieją się cuda, to chyba prawda biorąc pod uwagę, że udało mi się tutaj wrócić. Jestem już w domu, teraz siedzę przed laptopem (!) słuchając piosenki KLIK. Stwierdziłam, że zanim zabiorę się do pakowania reszty prezentów, zrobię prezent tutaj, dodam coś :) Wpadam na chwilę, życząc wam wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia, oraz Nowego Roku - jak zawsze - lepszego od mijającego. A ja jeszcze obiecuję, że będzie mnie tutaj więcej, miną święta i przybędę znów... A tymczasem życzę wam dobranoc, do następnego i raz jeszcze...

... wesołych Świąt! :)

czwartek, 17 września 2015

Mobilemix czyli podsumowanie sierpnia


Hej! Siedzę sobie słuchając soundtracku z Harrego Pottera i naszło mnie na pisanie, wiem że miałam opublikować ten post przedwczoraj, ale nawał rzeczy jakie miałam do zrobienia z lekka mnie przytłoczył. Jest po północy więc jak już położę się spać i wstanę, będę miała całą masę rzeczy do zrobienia lecz będę z lekka nieprzytomna, ale co mi tam. Musze spakować rzeczy do przeprowadzki. W piątek z samego rana będę przewozić rzeczy do Poznania do mieszkania, gdzie będę mieszkać razem z Sarą. Chcę aby udało mi się zabrać wtedy jak najwięcej, żeby w poniedziałek rano bądź niedzielę jechać z samą walizką. Nie jest to przeprowadzka jakiejś wielkiej rangi, bo nie mieszkam na drugim końcu Polski i na weekendy będę wracać do domu, jednak jest to zmiana rzeczywistości, tego wszystkiego co będzie mnie otaczać, nowe miasto, nowi ludzie, nowa szkoła, nowy etap życia. Zajęcia na Politechnice zaczynam matematyką w najbliższy poniedziałek. Nie wiem czy dam radę blogować w Poznaniu, nie mam jeszcze laptopa, ale pierwsze co zrobię gdy go już będę miała, to dam wam znać! 

Od początku miesiąca próbowałam zmierzyć się z rzeczywistością "po podróży", godzinę po powrocie do domu znów miałam ochotę gdzieś pojechać. A to już poważny objaw, i nie wiem czy lepiej wydać kasę na specjalistę czy bilety lotnicze do innego kraju. Odpowiedź powinna nasuwać się sama, tym bardziej że pół godziny temu zamknęłam stronę Ryanaira. Początek września to przeplatające się dni wolne (które były bardzo intensywne) z dniami w pracy. A dni wolne były intensywne, gdyż a to próba chóru, a to próba spektaklu, załatwienie dokumentów, poszukiwania rzeczy do Poznania. Jedno jest pewne, nie nudziłam się. Ostatni weekend upłynął pod hasłem chórów. W Poznaniu odbył się kongres Pueri Cantores, który był tak cudowny, że nie mogę się doczekać następnego, i choć nie wiem czy nadal będę śpiewać w chórze, to na Rzeszowski pojadę jako wolny słuchacz. Potęga muzyki chóralnej jest niesamowita, 800 osób z całej Polski, śpiewane wspólne pieśni miały tak świetne brzmienie jakiego nigdy nie słyszałam. Mam nadzieję, że zostało to w jakiś sposób udokumentowane i będę mogła posłuchać tego gdy tylko najdzie mnie ochota, i wrócić do wspomnień z tego kongresu!

Na razie korzystam z faktu, że jestem w domu i mam dla was mobilemix z poprzedniego miesiąca. Pierwszą połowę sierpnia spędziłam w domu pracując i jeżdżąc rowerem, dane mi było również być kilka razy na wiśniach. Potem nadeszła choroba, a podróż stanęła pod znakiem zapytania. Jednak wszystko potoczyło się po mojej myśli i choć ominęła mnie część wyjazdu, to jednak udało mi się dojechać na jego kolejną - zagraniczną część. I jak zauważycie, to własnie zdjęcia z Norwegii zdominowały mobilemix. Jednak tutaj rozpisywać się nie będę gdyż na to przyjdzie pora później!

Dochodzi trzecia, najwyższy czas iść spać...
Do następnego! :)

kierunek - Wera! * towarzysz w zrywaniu wiśni * Legoland Billund - widok na park
Oslo nocą - ratusz * rejs po fiordach - najbardziej norweskie domki * Holmenkollen
Park Vigelanda * wystrój i smak kawy - idealnie skomponowane * niedzielny spacer nad jezioro w Oslo

poniedziałek, 14 września 2015

I'm back czyli pierwsze wrażenia po podróży


Hej! Jest już połowa września, a ja dopiero teraz zabrałam się do napisania posta, w którym daję znak życia. Z wyjazdu wróciłam, cała, zdrowa i przede wszystkim szczęśliwa. Jestem zachwycona Norwegią, i żałuję, że dane było mi tam przebywać tylko kilka dni. Jestem jednak pewna, że to dopiero początek przygody ze Skandynawią. Doświadczenia kulinarne są niezmiernie ważnym elementem podróży. A na to podczas tego wyjazdu nie mogłam narzekać. Moje kubki smakowe skakały z radości na samą myśl o tym czego dzisiaj spróbuję. Podobnie jak skakałam ja, żeby uchwycić idealny moment na zdjęciu. Nie mogę się doczekać żeby wam wszystko pokazać, i opowiedzieć rzecz jasna! 

A to już niebawem, obiecuję większą regularność w najbliższym czasie, jest to mój ostatni tydzień w pracy, potem studia, więc więcej wieczorów będę mogła spędzać na pisaniu! 
Jutro mobilemix - relacja z ostatnich dni oraz oczywiście miesiąca, a potem ruszamy z serią postów podróżniczych i wnętrzarskich, czyli moich ulubionych!

Do następnego! :)

fot. me (by złomek, stąd jakość kalkulatora, aczkolwiek myślałam, że będzie gorzej)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Walizka spakowana czyli Norwegio nadchodzę!


Hej! Walizka spakowana zatem jadę! Niestety w tym roku dołączę do grupy kilka dni później z powodu choroby, jednak cieszy mnie sam fakt, że będę mogła z nimi być i podróżować dalej na północ. Czeka na mnie Legoland, piękne mosty, fiordy, klimat Norwegii, rejs promem w środku nocy. W Skandynawii jeszcze mnie nie było więc tym bardziej nie mogę się doczekać! Przywiozę całą masę zdjęć i wspomnień oczywiście, a część z nich zobaczycie i przeczytacie.

Zatem, życzcie szczęśliwej podróży, a ja wracam 31 sierpnia!

Do następnego! :)

środa, 19 sierpnia 2015

I'm back czyli powrót okularnika


Hej! Tak ciężko napisać choć kilka zdań na temat tego co ostatnio się działo. W jakim stanie jestem aktualnie, gdzie jestem a gdzie powinnam być. Zaczynam zatem!

Ostatni post opublikowałam 28 lipca. W skrócie opowiem to co siedzi w mojej głowie, a co działo się od tamtego czasu. Zacznę oczywiście od pracy, która pochłania zdecydowaną większość tych wakacji, nie narzekam na nią, wręcz przeciwnie. Jest to dobry sposób na wykorzystanie tylu wolnych dni. Na początku sierpnia przyjechała do Polski kuzynka z narzeczonym i córeczką - Zosią. Na tyle, ile to było możliwe spędzałyśmy razem czas, choć ten mały aniołek zachorował i bał się wszystkich dookoła. Gdy nadeszły kolejne dni wolne od pracy poszłam do... pracy. Tym razem na świeżym powietrzu bo na zrywanie wiśni. Po powrocie do domu biegłam na autobus, który zawoził mnie i Alę na próby do sąsiedniego miasteczka gdzie odbywają się próby do kolejnego spektaklu. Podczas jednej z prób nagrywaliśmy kolejne sceny do zwiastuna, w strojach z epoki jeździliśmy bryczką, a następnie udaliśmy się w inne miejsce które było równie cudowne co pałac, w którym nagrywaliśmy na samym początku. I tak oto prezentowały się moje wolne dni. Wykorzystywałam czas maksymalnie, z czego jestem w dużej mierze zadowolona, jednak z drugiej strony, wykonanie planu "po maturze" nie jest tak łatwe. Do 15 sierpnia miałam jeden dzień podczas którego bezczelnie leniłam się i wyszłam na podwórko w kapeluszu z książką. 

Na początku sierpnia nastąpiła również zmiana w moim tak jakby wyglądzie zewnętrznym. Tego posta piszę do was w okularach! Zmotywowałam się i poszłam na tak długo odkładaną wizytę u optyka. Była to jedna z najlepszych decyzji, teraz świat widzę dużo lepiej. Sama nie mogę uwierzyć, że tak długo żyłam z wadą, ba, nie byłam świadoma jej posiadania. Teraz pozostaje mi wizyta u okulisty, jednak za to zabiorę się gdy będę mieszkać w Poznaniu. A właśnie kolejną rzeczą, o której chciałam tutaj napisać jest to, że razem z Sarą mamy już zarezerwowany pokój, a mieszkać w nim będziemy od mniej więcej połowy września. Nie jest to nic rodem z tumblra, jednak jak na pierwsze studenckie lokum jest całkiem fajne. Oczywiście moje wnętrzarskie ja się obudziło i będę kombinować jak zrobić z tego pokoju miejsce, które będzie dopasowane zarówno do Sary jak i do mnie. Będzie to wyzwanie, bo zmiany muszą być dostosowane do studenckiego budżetu oraz faktu, że pokój jest wynajmowany, a wszyscy wiemy jak to z wynajmowanymi pokojami czy też mieszkaniami wygląda. Jedno jest pewne, szykują się wycieczki do Ikei i innych miejsc z rzeczami do domu. A ja oczywiście nie mogę się doczekać! (lista zakupów jest w trakcie tworzenia oczywiście)


Ale wracając do tematu, wszystkie pięknie realizujące się plany legły w gruzach gdy choroba, a konkretnie wirus bostoński dopadł mnie w sobotni wieczór. Wyszłam wcześniej z pracy, gdy wróciłam do domu działała jeszcze tabletka, którą dostałam od koleżanki więc z aż dziwną przyjemnością słuchałam hitów zza okna. U sąsiadów był purtelam, więc miałam pełen przekrój hitów osiemnastkowych na wyciągnięcie ręki (albo ucha). W niedzielę do pracy nie poszłam, gorączkę w najgorszym momencie miałam 39.8 więc domyślacie jaki wrak człowieka był ze mnie. W poniedziałek udałam się do lekarza, dostałam leki, informację dotyczącą wyjazdu i zalecenie leżenia w łóżku. Prawie nic nie mogłam przełknąć, gdyż ból gardła był tak okropny, że w oczach miałam łzy. I tak oto minął choroby dzień trzeci. Nie spałam długo, we wtorek obudziłam się z samego rana, bo kilka minut po 5. Swędziały mnie całe dłonie, i zaczynały stopy. To zwiastowało tylko jedno. Wysypka na dłoniach i stopach pojawiała się coraz szybciej i a ja jedyne co mogłam robić to leżeć w łóżku (gdyż chodzenie nie było łatwe) i łagodzić swędzenie zimną wodą, Na szczęście wieczorem po wyszukiwaniach w internecie (i załamaniu po przeczytaniu informacji na temat możliwych występujących powikłań) znalazłam maść która powinna pomóc. Na szczęście było ona dostępna w aptece i po posmarowaniu w końcu spałam spokojnie. Dzisiaj ledwo chodziłam, problemem jest dla mnie utrzymanie kubka, odkręcenie butelki wody czy też związanie włosów w kucyk. Pocieszają mnie koty, a w szczególności Lucek, który codziennie do mnie przychodzi i kładzie się obok, żeby zaraz wstać, pobiegać z Wampirkiem i wrócić. Teraz może być już tylko lepiej. Nie życzę złapania tej wirusówki nikomu, nawet największemu wrogowi. 

Jednak niesie też to za sobą plusy, obejrzałam dwa filmy, mam czas na czytanie książek i tak zwane nic nie robienie. Lekarz powiedział, że w piątek nie będę już mogła nikogo zarazić więc choroba minie, choć wysypka nadal będzie się goić. To oznacza, że wyjazd którym żyłam od matury nie jest skreślony. Choć chór wyjechał dzisiaj rano to ja mogę do nich dołączyć w niedzielę, gdy zarówno oni jak i ja będziemy bezpieczni pod względem wirusa. 


Wyjazd zatem tuż tuż! Marta z Dominikiem i jeszcze innymi osobami dbają o to, abym miała relację na żywo z tego etapu ich podróży. Zasypują mnie zdjęciami przez co ja nie nudzę się będąc stale w łóżku. W międzyczasie robię listy rzeczy do spakowania do walizki, jak i rzeczy, które chcę sobie przywieźć z drogerii DM, którą być może uda mi się odwiedzić w Flensburgu. Uwielbiam robić listy i zapisywać, więc po przejrzeniu oferty drogerii, opinii internautek, oraz walce z własnymi myślami stworzyłam całkiem (mam nadzieję) rozsądną listę - z blisko 30 początkowych produktów zostało ok 6. Myślę, że to zasługa książki Asi Glogazy, która zmieniła sposób mojego myślenia w pewnych kwestiach. Ale to temat na osobny post. W planach mam również zrobienie listy rzeczy do zobaczenia w Flensburgu, gdyż tam będziemy mieli sporo wolnego czasu, oraz listy co jeszcze muszę zrobić zanim wyjadę. Danio, Norwegio, tak łatwo wam nie odpuszczę!

Teraz uciekam, chcę opublikować jeden post który powinien pojawić się na początku miesiąca, szukajcie go więc pod datą 1 sierpnia, oraz jeden zakupowy, zobaczę jak się wyrobię. Jednak czuję że w sobie mam dużo energii, którą po części zyskałam przez chorobę. Zatem, czekajcie, mam nadzieję że nie będą to dwa tygodnie....

Do następnego! :)

PS Zdjęcia są autorstwa Natalii z Jest Rudo. Nie jest wymagane by je oznaczać, jednakże te zdjęcia to kawał świetnej pracy, więc nie mogłam tego zostawić bez słowa i opublikować nie podając autora... ;)

niedziela, 9 sierpnia 2015

HAUL czyli co nowego w szafie, kosmetyczce i domu.


Hej! Letnie wyprzedaże niosą ze sobą okazje do wyłapania całkiem ciekawych rzeczy w stosunkowo niskich cenach. Nie mogłam przepuścić takiej okazji, i choć daleko mi do osoby obłowionej w szale zakupowym i uginającej się pod stosami toreb i innych pakunków, to wyszłam na tym całkiem zadowolona. Nie są to rzeczy kupione "za jednym razem". Na zakupach byłam kilka razy i za każdym razem przywoziłam parę rzeczy godnych uwagi. Postanowiłam zebrać je w jeden post i przedstawić na zdjęciach. Przyznam się, że goździka do zdjęć zmałpowałam po Weronice Raspberry and Red, a że akurat miałam wazon pełen tych kwiatów z ogródka stwierdziłam, że będzie się równie fajnie komponować.

Na pierwszym zdjęciu widzicie rzeczy, dorwane na przecenach w Gorzowie. Weszłam od niechcenia zobaczyć co w swojej ofercie ma Stadivarius, a wyszłam z paskiem do spodni o białą torebką w idealnym rozmiarze i iście wakacyjnym fasonie, noszę ją non stop. Podobnie zresztą jak pasek z tego samego sklepu. Sandały może niektórzy pamiętają z zeszłorocznej listy "chciejek". W poprzednim roku nie kupiłam ich, ponieważ stwierdziłam że wydawanie 80 zł na sandały które, nie są ze skóry, ba, pochodzą ze zwykłej sieciówki jest przegięciem,. Nawet biorąc pod uwagę ich piękny wygląd. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłam je na tegorocznych wyprzedażach za złotych jedynie 20. Dwa razy się nie zastanawiałam, popędziłam do kasy rzecz jasna.
Drugie zdjęcie to zdobycze książkowe, pierwsza została wyłapana w Biedronce, podczas gdy druga i trzecia to zamówienia z internetowej księgarni Znak. Czaiłam się na te pozycje już dawno, więc gdy zobaczyłam obniżoną cenę nie zawahałam się i powędrowały do koszyka. 
Na trzecim zdjęciu widzimy rzeczy które mogę zakwalifikować do kategorii "dom". Świeca o zapachu równie pięknym jak jej opakowanie z h&m home. Następne dwie rzeczy zsotały wypatrzone w home&you. Oczywiście na przecenie. Olejek o zapachy świeżej bawełny oprócz, oczywiście ,pięknego zapachu miał piękną cenę więc co tu więcej mówić. Słomki są przepiękne, i nie będę ukrywać, że kupiłam je tylko ze względu na to jak wyglądają. 
Ostatni zdjęcie przedstawia rzeczy najbardziej potrzebne i zaplanowane. Puszki z Inglota, nakłada mi się nimi puder dużo lepiej niż pędzlem, zauważyłam również, że efekt matu utrzymuje się na skórze dłużej. A, i oczywiście zajmują mniej miejsca i są dużo łatwiejsze w czyszczeniu. Same plusy. Kolejne są korektor i poder Maybelline affinitone, korektor miałam i jest moim ulubieńcem, natomiast puder to nowość, akurat poprzednik z Rimmela się skończył więc okazja do przetestowania jak znalazł. I ostatni rzecz, Effeclar Duo +, również mój wielki ulubieniec, pomimo swojej wysokiej ceny. Za tak dobry produkt jestem w stanie wydać trochę więcej, i mieć coś co odpowiada mojej skórze i sprawi że wygląda dużo lepiej!

To tyle co miałam wam do pokazania, niewątpliwie wybiorę się jeszcze na zakupy bo mam parę rzeczy, które muszę uzupełnić ale o tym zapewne dopiero we wrześniu.

Do następnego! :)

fot. me

sobota, 1 sierpnia 2015

Mobilemix czyli podsumowanie lipca


Hej! Lipiec minął tak szybko, iż sama nie mogę w to uwierzyć. Miesiąc wakacyjny, pierwsza połowa luźniejsza, druga bardziej pracowita. Bogaty w nowe doświadczenia. Nie będę się zbytnio rozpisywać, mam nadzieję, że zdjęcia będą mówić same za siebie.

Do następnego!

zbiory borówek * kolejka na Politechnice * przerwa w pracy
nie ma mibilemixu bez kota * nagrywamy * lato u dziadków
mój nowy sceniczny strój * droga do domu taka piękna * letnie smaki

wtorek, 28 lipca 2015

Na (prawie) filmowym planie czyli co się ostatnio działo


Hej! Znów dawno mnie tutaj nie było, a to za sprawą pracy która pochłania 50% mojego czasu, gdyż drugie 50% pochłania spanie. I tak dzisiaj nadszedł dzień gdy mam wolne, mogłam spać do bólu, bawić się z kotami, buszować po mieście, umówić się na badanie wzroku i spotkać się z dawno nie widzianymi osobami. Jednak nie ma tyle dobrego i jutro znów wracam do pracy. Ostatnio nie działo się dość dużo, jednak moje jakże szalone życie kręci się wokół studiów i poszukiwania mieszkania. Tak moi drodzy, decyzja zapadła. Będę studiować na Politechnice, a teraz wolne chwile upływają na szukaniu mieszkania. 

Pewnego weekendu wybraliśmy się do Gorzowa, korzystając z okazji, że mam jeszcze kilka dni wolnych. Tam  wybraliśmy się do centrum handlowego, a ja wyszłam z kilkoma zdobyczami, dumna prawie jak łowca w dżungli. Raz że coś upolowałam, a dwa, że obyło się bez rzeczy kompletnie bezużytecznych. Po powrocie z Gorzowa wybrałam się do Poznania, żeby złożyć dokumenty na Politechnikę. Kwestia dotarcia do szkoły była dużo prostsza w praktyce niż w teorii. Ilość telefonów otrzymywanych na zmianę od Wery i Mateusza z wskazówkami jak dostać się na polibudę była tak duża, że stwierdziłam, że dotarcie tam będzie wyczynem równym zdobycia Mount Everest. Nic bardziej mylnego, poszłam na przystanek który wydawał się być odpowiedni, sprawdziłam mapę i wsiadłam do tramwaju. I dojechałam. Na uczelni powitała mnie kolejka jak stamtąd do Świnoujścia, więc zanim dostałam się do punktu oddania dokumentów miałam 1,5 godziny na rozmyślanie nad sensem ludzkiej egzystencji. Dokumenty oddałam, wróciłam do City Center, poszłam do KFC (jak za starych dobrych czasów) i powłóczyłam się po sklepach. Jednak samotne wojaże sklepowe nie dają dużej radości, więc po niecałej godzinie wsiadłam w autobus powrotny. Jednak zanim przekroczyłam próg domu zaszłam na pocztę i odebrałam paczkę z książkami, i nie będę ukrywać, że czułam się jak dziecko szczęścia. A jeszcze bardziej jak dziecko szczęścia czułam się gdy otrzymywałam listy z uczelni powiadamiające o dostaniu się na kierunki. Niestety, ku mojej rozpaczy, wśród nich nie było listu z Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, cóż, musi wystarczyć mi politechnika. 

Jednakże muszę wspomnieć o (prawie) planie filmowym. W związku z przygotowywaną sztuką na wrzesień, pani prowadząca zarządziła nagranie zwiastuna. Zatem stawiliśmy się jednego dnia  przed pałacem, w pięknej scenerii. Przebraliśmy się w stroje, zrobiliśmy makijaż, ułożyliśmy fryzury i stanęliśmy przed kamerą. Moja suknia jest teatralna tak bardzo, że chyba bardziej się nie da. O ile na początku byłam nią przerażona to teraz mi się całkiem podoba. W XIX wieku zrobiłabym furorę, mówię wam! Na razie efekty są całkiem niezłe, choć ja nie mogę patrzeć na siebie w owym nagraniu, mam nadzieję, że z czasem nie będę aż tak przerażona. Następna próba i być może kolejne nagrywanie w przyszłym tygodniu, jestem ciekawa co z tego wyjdzie. Na pewno dam wam znać. Ale w międzyczasie ponarzekam jeszcze na dotkliwy brak wolnego czasu, który sprawia, że narzekam na milion innych rzeczy. So serious. Choćby na pogodę, lipcowa to ona na pewno nie jest, ale przynajmniej nie wyglądam jak kosmita w ramonesce i czarnych spodniach na mieście. 

Świetnie, z planu filmowego i wieku XIX przeszłam do kosmitów i pogody, to chyba znak, że czas skończyć tego posta. So...

Do następnego!

fot. me

środa, 8 lipca 2015

Blog update czyli o życiu prawie studentki


Hej! Gdybyście kiedyś usłyszeli w Wiadomościach (o ile je oglądacie), o osobie którą trapi na przypadłość chorowania przed każdą podróżą różnego rodzaju, to wasze myśli mogą spokojnie płynąć ku mnie. W ostatnim poście pisałam z radością, że w niedzielę wyruszam na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Szkoda, że tylko pisałam gdyż piątkowego popołudnia już leżałam z gorączką, mając kaszel i katar w pakiecie. O ile w roku szkolnym był to czas piękny, tak teraz już niekoniecznie. I tak oto zostałam w domu, użalając się nad swoją nędzną egzystencją. A skoro już o użalaniu się nad swoim życiem mowa, to warto wspomnieć, że dane było mi pozostać w domu podczas pogody, za którą tęskniłam ja i moja blada skóra. Umierałam więc tego weekendu z powodu choroby, pogody - niemiłosiernych upałów, swojego życia nie prowadzącego do niczego sensownego, niemożności pójścia na Jasną Górę i jeszcze raz pielgrzymki na Jasną Górę. Teoretycznie mogłabym dojechać do nich autobusem, jednak połączenia nie są dość korzystne, podobnie jak stanowisko mojej mamy w tym względzie. Nadal jest mi smutno i użalam się nad tym że nie ma mnie na trasie, ale postanowiłam, że zjawię się na Jasnej Górze we wrześniu. I mam nadzieję, że nie odwiedzi mnie pewna znajoma na "g" o liczbie znacznie przewyższającej 36,6. Teraz jednak próbuję znaleźć sobie zajęcie, które będzie dość produktywne, do 17 lipca (gdyż otrzymałam urlop na czas pielgrzymki, a teraz osoby z pracy gdy zobaczą mnie na mieście uznają mnie za największego łgarza tego świata).

A co działo się ostatnio? Otóż oprócz umierania z wyżej wymienionych powodów, twierdząc, że gorzej już ze mną i tak być nie może, a w niedzielę nie stawię się na trasie, w późny sobotni wieczór spontanicznie wybrałam się z Werą i Mateuszem na spacer. A raczej zostałam wywołana przez nich na podwórko po godzinie 22, a stąd tak jak stałam zabrali mnie ze sobą. Dobrze, że było ciemno, bo śmiało mogłabym robić za postrach ulic miasta, a za 10 lat krążyłby o mnie legendy, i to niekoniecznie te pozytywne. Chodziliśmy wokół szkoły do której dane mi było uczęszczać ostatnie 3 lata a potem siedzieliśmy w samochodzie słuchając radia, żartując, rozmawiając i rozmyślając nad sprawami bardziej błahymi jak i nad wspomnianą ludzką egzystencją. Wróciłam do domu około północy, obdarowana dużą czekoladą, w której zatapiałam swoje smutki dnia następnego. O dziwo w niedzielę gorączka zamiast wzrosnąć się zmniejszyła, a ja zaczynam się zastanawiać czy nocne spacery będą równie skuteczne w leczeniu co tabletki. W kolejnych dniach za namową mamy i kuzynki udałyśmy się na zbiory borówek (wstałam o 5, brawa dla mnie), i będziemy je kontynuować niebawem. Już w oczekiwaniu na książkę Asi STYLEDIGGER (na którą czekałam z niecierpliwością, i nadal czekam gdyż zamówienie jest w trakcie realizacji), o której huczy cała blogosfera, rozpoczęłam rewolucję w szafie. Do perfekcjonizmu mi daleko aczkolwiek pozbyłam się worka rzeczy z cyklu "niezniszczona, miałam ją raz, może jeszcze założę" bądź "a w niej byłam z Rzymie 6 lat temu!" (yes.). Jestem, niesamowicie usatysfakcjonowana, i w szafie mam rzeczy które faktycznie noszę - rzadziej lub częściej, ale jednak noszę, Głębsze przemyślenia pojawią się po lekturze tej książki i boję się rewolucji jakie w mojej głowie (i szafie oczywiście) wywoła.

W tym poście nie może zabraknąć kota. Oto Guzik aka Luluś. #niemampojęcijakgonazwać

Z równie ciekawych i interesujących rzeczy jakie wam miałam zamiar opowiedzieć (a opowiadać lubię więc post chyba będzie należeć do tych dłuższych) została jeszcze jedna. W dniu wczorajszym zostały ogłoszone wyniki pierwszego etapu rekrutacji na Politechnice. Dostałam się. Więc jeśli nawet nie uda mi się dostać na UEP (tam wyniki za dwa dni!) to już teraz mogę powiedzieć: Ahoj studencki świecie, przybywam w październiku! Skoro kwestię "dostanę się czy nie dostanę się oto jest pytanie" mam już za sobą, pozostaje mi kupno laptopa i poszukiwanie noclegowni na okres 5 lat studiów. Nie wiem czy zdecyduję się na akademik czy mieszkanie, jednak oznacza to jedno. Poszukiwania pokoju. Takiego który będzie miał ładny widok za oknem i białe ściany. Może oczekuję cudów, ale jestem w stanie podjąć się wchodzenia kilka razy dziennie na 5 piętro żeby mieć ładny widok, jednakże nie chcę mieszkać w pokoju składającego się z absolutnie wszystkich kolorów istniejących na tym świecie. Białe ściany byłyby spełnieniem marzeń, bo potem mogę już działać w kwestii dostosowania wnętrza do mnie dodatkami. Zapewne we wrześniu będę żyć Ikeami, pchlimi targami i tym podobnymi i będę wyglądać wtedy prawie jak zbyt podekscytowane nie wiadomo co, ale z pewnością zbyt podekscytowane.

Teraz kończę, nadszedł najwyższy czas na oglądanie Friendsów (serialu mojego życia swoją drogą), gdyż ostatni odcinek pierwszego sezonu zakończył się tak, iż cały dzień rozmyślam nad przyszłością Rachel i Rossa. Czas zatem zakończyć te rozmyślania jak i blogowe opowieści.

Do następnego! :)

piątek, 3 lipca 2015

Mobilemix czyli podsumowanie czerwca


Hej! Niezmiernie cieszy mnie fakt że wokół mnie jest ciemno i nie widzę dowodów na to, że moje życie w kwestii tak zwanego nieogaru przechodzi apogeum. Ale jednocześnie martwi mnie to, że wena na pisanie postów przychodzi gdy mam iść spać a na zegarku jest godzina trzecia w nocy. Niewiarygodne jest to, że od mojego ostatniego znaku życia tutaj minęły już trzy tygodnie. Stwierdziłam, że przyszedł najwyższy czas aby wpaść tutaj z małą aktualizacją. A ponadto podsumować miesiąc.

Ostatnie tygodnie przyniosły mnóstwo wrażeń. Tak jak wspomniałam wiksowałam na 18 Marty, spotkałam się z Emi, a podczas tej jednej imprezy przegadałyśmy chyba wszystkich gości razem wziętych. DJ (który do DJ miał dalej niż ja do 100% z matury z matematyki rozszerzonej) nie był zbyt dobry w tym co robił. Rada cioci Justyny, zawsze powierzajcie zadania osobom zaufanym i dobrym w swoim fachu. A nie człowiekowi robodęs w golfie. Jednakże zabawa była udana i cieszę się, że w końcu udało mi się potańczyć. Jednak chyba ktoś na górze uznał, że moje życie jest zbyt nudne bo pewnego poniedziałkowego wieczoru w moim domu znalazły się trzy futrzane kulki. A mowa tutaj o trzech kociakach, które zostały wyrzucone pod domem moich dziadków a następnie mama tymczasowo zabrała je do nas. I tak oto od 22 czerwca mam w domu zwierzątko, a nawet dwa. Bo jeden z kocurków już znalazł nowy dom. Ile radości przynoszą te łobuzy nie potraficie sobie wyobrazić (kot tarzan który myli kuchnię z dżunglą a firany z lianami, pobudka do pracy przez osiem łapek które z Twojego łóżka zrobiły tor wyścigowy, lub też robienie za drapak bądź Mount Everest na który można się wspinać - takie rzeczy tylko u nas). Następnie błoga rzeczywistość upływająca na oglądaniu Friendsów i czytaniu książek się zakończyła a ja poszłam do pracy. Do pracy w krainie olejem i tłuszczem płynącej czyli tzw. Mc. Na razie z pracy jestem zadowolona, choć wracam zmęczona, to jestem usatysfakcjonowana, że pożytkuję wakacje. A skoro już jestem w temacie wakacji. A z wakacji blisko do szkoły, studiów to wspomnę o kolejnym niezmiernie ważnym wydarzeniu w moim życiu. Odebrałam wyniki matur, po ich zobaczeniu nie zemdlałam, nie skoczyłam z mostu ani nie rzuciłam się pod pociąg a to oznacza, że jestem nawet zadowolona. Z niektórych nawet bardzo zadowolona. A jeszcze bardziej jestem zadowolona, że zapisałam się na studia na kilka kierunków (co jest w moim przypadku osiągnięciem a'la zrobienie przeze mnie jednego pociągnięcia na drążku - czyli ogromnym). Zatem w październiku szukajcie mnie na Politechnice Poznańskiej bądź Uniwersytecie Ekonomicznym również w Poznaniu. A na razie sama siebie będę szukać w niedzielę na trasie pieszej pielgrzymki do Częstochowy. 

Zatem radujcie się a ja zapraszam do przeglądu minionego miesiąca. 
Do następnego!

18 Zosi "U Przyjaciół" * sushi time * pierwsze upały w tym roku
zdobycz antykwariatowa * futrzana kulka numer 1 * 18 Marty!
teatralnie 15 km obok * dmuchańce * a po pracy - kawa

piątek, 19 czerwca 2015

Around The Poland czyli Gdańsk


Hej! Siedzę tak sobie w te piątkowe południe i sączę kawę z filiżanki. Piątkowe. Kiedyś zapewne żyłabym weekendem, narzekając na milion spraw i czekając na ten ostatni dzwonek, oznaczający koniec lekcji. Teraz jednak wszystkie dni wyglądają tak samo, każdy jest sobotą. I muszę sporo się nagłowić, żeby ustalić jaki jest dzień tygodnia. I choć wiem, że gdy w końcu pójdę do pracy będę mówić, że nienawidzę świata, to chyba będzie lepsze to, niż zastanawianie się co zrobić ze swoim życiem i jak spożytkować wolne 24 godziny. Chociaż, wiecie co, już wiem co zaraz będę robić. Idę oglądać kolejny odcinek Przyjaciół (logika). A tymczasem zapraszam was do sprawdzenia, co działo się z nami w Gdańsku!

Trzy dni w Trójmieście minęły zdecydowanie za szybko i jestem pewna że kiedyś tam wrócę żeby zobaczyć i zrobić to, czego nie udało nam się za pierwszym razem. Przed wyjazdem szukałam miejsc wartych odwiedzenia i spisywałam je w swoim zeszycie (bo notatnika idealnego dorobiłam się dopiero w Tigerze w Sopocie), powstała z tego dwustonnicowa lista, z adresami i godzinami otwarcia. 

Będąc w Gdańsku, dnia drugiego dopiero rozpoczęłyśmy jego zwiedzanie. Gdy już zwlekłyśmy się z łóżek, doprowadziłyśmy się do stanu używalności, zjadłyśmy śniadanie z truskawkami (kupionymi dzień wcześniej wracając z plaży) i wypiciu of kors kawy (Ala preferowała herbatę) wsiadłyśmy do kolejki i wyruszyłyśmy do centrum. Pierwszym naszym punktem była Bazylika Mariacka i widok z jej wieży (który zdobył moje serce. edit. Który punkt widokowy nie zdobył mojego serca?), następnie przeszłyśmy się ulicą Mariacką, zwiedziłyśmy Ratusz, następny na liście był Dwór Artusa jednak okazało się, że zamykali o 12:30 gdy my przybyłyśmy tam kilka minut później dane nam było tylko popatrzeć na zamknięte drzwi i pana ochroniarza. Pod drodze do Muzeum Narodowego udałyśmy się na Zielony Most by podziwiać słynny widok na słynnego Żurawia. W samym muzeum największe wrażenie zrobił oczywiście tryptyk Hansa Memlinga "Sąd Ostateczny", gwarantuję, że nawet jeśli na lekcji polskiego tylko nad tym obrazem w podręczniku przysypialiście to oglądanie go na żywo sprawi wam niezłą frajdę (potwierdzone przez przeciwieństwo humanisty - czyt. mnie). Potem nadszedł czas na popołudniową kawę i tak oto trafiłyśmy do polecanego Mitte Chleb i Kawa. Kupiło mnie tam wszystko, od samej kawy po wystój.  Potem wróciłyśmy do centrum gdzie przeszłyśmy się długim pobrzeżem by na końcu wylądować w barze na dachu hotelu Hilton. Widok był cudowny, tak samo jak zamówione przez nas mojito. Zastanawiam się dlaczego dopiero teraz poznałam jego smak, pewnie czekało na mnie ba dachu Hihihiltona (Ala, if you know what i mean). Dalej zahaczyłyśmy o Lodziarnie "Miś" i stwierdziłyśmy, że pora wracać jeśli chcemy zdążyć na zachód słońca. Można uznać że zdążyłyśmy bo powitały nas takie kolory które połączyły się w taki sposób, że Sparks chętnie umieściłby tam co najmniej połowę swoich romantycznych scen. Spędziłyśmy na plaży dobre kilkadziesiąt minut patrząc na morze, robiąc zdjęcia i rozmawiając. I gdyby nie to, że zaczynało się naprawdę ściemniać a wizja nieprzespanej nocy dnia następnego nas prześladowała, posiedziałybyśmy tam dłużej. Następnego dnia poranny rytuał wyglądał podobnie, z tym, że zaspałyśmy (morskie powietrze służyło nam aż za dobrze) i wyżej wymienione czynności trzeba było robić kilka razy szybciej. Tego dnia spacerowałyśmy po Parku Oliwskim, Palmiarni oraz zwiedziłyśmy Katedrę Oliwską i wysłuchałyśmy niesamowitego koncertu organowego. Potem wróciłyśmy do centrum aby zwiedzić Dwór Artusa. Dalej udałyśmy się ponownie długim pobrzeżem gdzie kupiłyśmy pocztówki a następnie upolowałam kryminał Agaty Christie w malutkim antykwariacie. Potem jak na prawdziwe turystki przystało udałyśmy się pod stocznię gdańską, a z niej prosto do KFC. 

W związku z tym, że nasze przygody w trójmieście dobiegały końca, zupełnie z zaskoczenia i zupełnie spontanicznie poszłyśmy pożegnać się z morzem (nie spodziewaliście się tego). Potem wróciłyśmy tylko zabrać torby i na dworzec. Rada numer jeden: zawsze sprawdzajcie dziesięć razu godzinę odjazdu pociągu, żeby nagle nie okazało się, że odjeżdża 20 minut wcześniej niż myśleliście (i tylko fuks was uchronił przed kłopotami). Koniec rady. Jednak po użyciu kilku środków transportu do domów dotarłyśmy i tak oto skończyły się przygody dwóch takich co podbiły trójmiasto i zgubiły się na dworcu w Poznaniu.

Do następnego! :)

(ph. Ala and me)

środa, 17 czerwca 2015

Little life update czyli co u mnie słychać

1) to co nakładam na twarz każdego dnia
2) typowy poranek

Hej! Czuję się nadzwyczaj dziwnie w tym momencie. I nie chodzi tu o to, że nadal nie mam wybranego kierunku studiów.  Pisze tego posta z mojego łóżka. Zwykle nadawałam do was sprzed komputera z kubkiem kawy i znosząc narzekania brata który czeka aby zagrać w kolejną grę. I nie, nadal nie kupiłam laptopa (kolejna rzecz którą powinnam teraz robić). Po prostu wena twórcza dopadła mnie w momencie gdy miałam zasypiać a pod ręką miałam telefon. Tkwienie w tej niesamowitej przestrzeni wakacji jest równie frustrujące co świetne. Chce spakować się plecak i walizkę i zobaczyć kawał świata wykorzystując fakt bycia wolnym przez 4 miesiące, ale z drugiej strony byłoby szaleństwem zapominanie o rzeczywistości. I tak oto będąc pośrodku tych dwóch teorii nie spakowałam plecaka i nie wybrałam kierunku. Pozostawię to bez komentarza.

W ostatni weekend stałam się osobą nader społeczną bo ilość ludzi jaka mnie otaczała była dość duża. W piątek odwiedziłam taką liczbę lekarzy iż sama się sobie dziwiłam. Wracając natomiast zmokłam tak niemiłosiernie z powodu burzy. Bo geniusz zabrał ze sobą parasolkę z metalową końcówką a chyba wolałam wyglądać prawie jak mickiewiczowska świtezianka w wersji bez wodorostów niż być trafioną przez piorun. Oprócz tego dwa dni z rzędu wracałam do domu w nocy i te zjawisko było o tyle dziwne co czułam się z tym dobrze (biorąc pod uwagę że rzadko wychodzę z domu wieczorami bo wolę wpatrywać się w ekran komputera czy też czytać książki). Za to od poniedziałku wiodę szalone życie antyspolecznika i wychodzę na zewnątrz tylko wtedy kiedy muszę. To znaczy do biblioteki gdy cały zapas Sparksa został wyczerpany. Limit dni wolnych topnieje w oczekiwaniu na telefon z pracy a ja nadal nie przeczytałam wszystkich zamierzonych książek (a od dziadków przytargałam kolejne 30 - dziecko szczęścia) i nadal nie obejrzałam wszystkich odcinków Friends i Sex and the city. Nie mówiąc już o filmach.

3) widok gdy jednak pogoda zdecyduje się być nader sprzyjająca
4) gdyby nie rozsądek (a zostało mi go trochę) jadłabym je na śniadanie, obiad i kolację

W planach na najbliższe dni mam posegregowane każdej części mojego pokoju, wyrzucenie rzeczy zbędnych a zostawienie tych najważniejszych. A w międzyczasie czytanie książek i oglądanie seriali of kors. W sobotni wieczór ku mojej uciesze będę wiksować wraz ze znajomymi na parkiecie na 18 Marty. I choć moja kariera anyspołecznika się zakończy to będę się niezmiernie cieszyć, że w końcu będę miała okazję potańczyć.

Na dzisiaj kończę, idę robić rewolucje w szafie, w następnym natomiast poście powspominamy Gdańsk... Do następnego! :)

5) nowa wygospodarowana półka na książki, ponownie z odwróconymi grzbietami
6) zachód słońca, zdjęcie miało go oddawać a wyszło jak zwykle

czwartek, 11 czerwca 2015

Around The Poland czyli Sopot

(ph. Ala and me)

Hej! Choć wakacyjne dni mijają to i tak nie miałam czasu żeby częściej tutaj zaglądać. Miałam do załatwienia sporo spraw, i nie mowa tutaj o kwestii rekrutacji na studia.Ostatnio działo się dość dużo. Poznałam dwójkę niesamowitych ludzi, podjęłam się teatralnego wyzwania, buszowałam w antykwariacie, rozwijałam podejście slow fashion, i starałam dostosować się je do siebie, czytałam kolejne książki, pierwszy raz jadłam sushi, oraz wróciłam do smaków Chorwacji czyli owoców morza. I wykonywałam całe mnóstwo innych czynności, ale chyba zapomniałam o jednej z najważniejszych rzeczy. Czas nieubłaganie płynie a ja nadal nie wiem co zrobię ze swoim życiem w październiku. Chciałabym być choć w pięćdziesięciu procentach pewna gdzie będę studiować, a do pewności jest zdecydowanie dalej niż bliżej. Dzisiaj dowiem się jak będą wyglądały moje wakacje, ale o tym zapewne napiszę później. Muszę uporządkować wiele spraw, a jeszcze więcej przemyśleć. I nie mowa tutaj tylko o słowie na pe, bo realizacja misji "potańczyłabym" nastąpi już 20 czerwca. Ale dość kontemplowania, nie tylko po to się tutaj zjawiłam!

Jak obiecałam, rozpoczynam serię postów o podróży do Trójmiasta. Wybrałyśmy się tam tylko we dwie, Ala i ja. I do jednego z największych sukcesów w życiu mogę z pewnością tę podróż zaliczyć, nie pozabijałyśmy się, nie zgubiłyśmy się, wręcz przeciwnie, prawie wszystko szło po naszej myśli. Pierwszego dnia po wstępnym zakwaterowaniu poszłyśmy przywitać morze (radość była prawie taka sama jak podczas jazdy pociągiem, sklep z z bułkami o którym wspominałam ostatnio mógłby być nad morzem). Po tym niezmiernie ważnym punkcie podróży obrałyśmy sobie za cel Sopot. Najwięcej czasu spędziłyśmy na molo (z czego niezmiernie byłam szczęśliwa byłam ja, jak i moje zakwasy aka pamiątki po pracy). Kolorystyka tego miejsca zachwycała i idealnie wpasowywała się w mój gust oraz strój. Potem udałyśmy się do opery leśnej, do której droga miała trwać jedynie 15 min spacerkiem. Niestety 15 min byłoby zbyt piękne, bo szłyśmy tam zdecydowanie dłużej, aby się dowiedzieć od pana ochroniarza, że zwiedzanie jest niemożliwe bo już nie ta godzina i trwają próby do jakiegoś tam festiwalu. Szkoda, że takiej informacji nie podano nigdzie na tablicach informacyjnych w centrum miasta. Wróciłyśmy więc na zachód słońca którego nie było bo chmury postanowiły tego wieczoru urządzić imprezę nad molo. Jednak naszego humoru to nie popsuło bo na plaży posiedziałyśmy, patrząc na zapadające się w mrok morze, potem wróciłyśmy do naszego pensjonatu (który swoją drogą okazał się strzałem w dziesiątkę!) gdyż trzeba było się przygotować na zwiedzanie Gdańska! Ale o tym w kolejnej części. gdyż teraz idę spać...

Do następnego i dobranoc! :)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Mobilemix czyli podsumowanie maja

Mark Ronson  - Uptown Funk ft. Bruno Mars
+ Maroon 5 - Sugar

Hej! Wróciłam już ze wszystkich moich wojaży, jednak zanim zobaczycie zdjęcia musicie trochę poczekać. Jest ich całe mnóstwo, a ja muszę jeszcze znaleźć ok 30 GB wolnego miejsca na dysku, żeby materiał nie męczył się na karcie i pędraku, ponadto, zdjęcia w górach robiłam również aparatem koleżanki, więc muszę poczekać aż dostanę zdjęcia od niej. Ale po kolei, najpierw byliśmy z klasą pod domkami nad jeziorem, było świetnie, i szkoda, że trzeba było wracać po jednej nocy. Tydzień temu wraz z Alą wyruszyłyśmy do Gdańska, pociągiem. Tak, pociągiem (to niezmiernie ważne wydarzenie w moim życiu, jechałam nim pierwszy raz i spodobało mi się do tego stopnia, że mogłabym nim jeździć nawet po bułki na śniadanie). Było wprost cudownie, przeżyłyśmy i niesamowite jest to, że ani razu się nie zgubiłyśmy! W piątek w kolei znalazłam się ponad 500 kilometrów dalej, bo w Górach Stołowych. Było równie wspaniale, lecz więcej opowiem później. W przeciągu tygodnia przebyłam ponad 1300 km i podobało mi się do tego stopnia, że chętnie pojechałabym gdzieś jeszcze! Niestety teraz czas skupić się na pracy, żeby mieć za co ponownie gdzieś pojechać... 

Maj był jednym z najbardziej zakręconych miesięcy w moim życiu, najpierw intensywna nauka i stres związany z maturami, a potem to co lubię najbardziej czyli podróżowanie. O moich wojażach dowiecie się jak już wspominałam później, bo teraz zabieram się za sprzątanie zarówno na dysku jak i w pokoju, a ponadto na montowaniu video z Gdańska. 

Do następnego! :)

matury * ogniska rodzinne pomaturalne * pod domkami z klasą
pociąg * plaża, Morze Bałtyckie po 10 latach * stare miasto
widok z wieży Bazyliki Mariackiej * w drodze na Szczeliniec Wielki * Góry...

wtorek, 19 maja 2015

A może nad morze czyli o nadchodzącej wyprawie


Hej! W życiu występują pewne zależności. Gdy zależy Ci na tym żeby wyglądać w miarę po ludzku, to akurat tego dnia włosy stwierdzą, że jest dzień na bunt i jedynym logicznym rozwiązaniem będzie związanie w kitkę. Gdy bierzesz ze sobą aparat na rowerową wyprawę gdzie będą piękne widoki zwykle zapomnisz karty pamięci. Wiecie o co chodzi. Doświadczyłam dzisiaj jednej z tego typu. W pięknych czasach szkolnych wstawanie o 7 graniczyło z cudem, zwykle gdy budzik zmuszał mnie do wstania ja go wyłączałam i przekręcałam się na drugi bok, wszak genialnym pomysłem było spać dalej. Jednak o 7:40, gdy za 20 minut rozpoczynał się angielski, żałowałam swojej decyzji sprzed 40 minut. Więc gdy mam wolne, i mogę się wyspać, budzik wyłączyć, budzę się o 7 rano pełna energii i sił, z chęcią podbicia świata. Szkoda, że w nastroju podbijania świata o 7 rano nie byłam przed angielskim. 

Moje plany wakacyjne jak na razie płyną w dobrym kierunku, czego nie można powiedzieć o pogodzie za oknem (która jest wyjątkowo kapryśna i niezdecydowana ostatnio). Wczorajszy dzień rozpoczął planowanie. Najpierw z Alą zrobiłyśmy sobie zdjęcia do cv, a przy okazji zdjęcia stokrotek. Potem udałyśmy się do domu Ali gdzie rozpoczęłyśmy pracę nad projektem "wojaże nad morze". Z radością mogę powiedzieć, że miejsca w pociągu są, noclegi również, więc od 25 do 27 maja jedziemy na podbój Gdańska! Teraz pozostaje nam przygotowanie listy co chcemy zobaczyć, co warto wiedzieć, jak poruszać się po mieście i tak dalej. Jeśli jakimś trafem zdarzyło się, że byliście w Gdańsku czy też mieszkacie tam, będziemy wdzięczne za wskazówki. Plan będzie się kształtował od jutra, a ja nadal nie mogę uwierzyć, że nasze plany zaczynają się realizować!

A teraz, idę się pakować bo wraz z częścią klasy jedziemy pod domki nad jeziorem oddalonego o 30 km. Za 1,5 godziny muszę być gotowa a jestem w przygotowaniach poniżej zera. Więc chyba wypada zacząć się ogarniać... Miłego dnia...

... i do następnego! :)


sobota, 16 maja 2015

Veni, vidi, vici czyli o tym jak pokonałam maturę


Hej! Minęły około dwa tygodnie od ostatniego posta, i mogę z ulgą stwierdzić, że maraton maturalny już za mną! Pisemne jakoś poszły, ustne ku mojemu zaskoczeniu również (jednak nie ma o jak współpraca blisko 10 000 maturzystów 14 maja w poszukiwaniu pytań na ustny polski), angielski 29/30 a polski 37/40. Rozpoczynałam najgorszym i kończyłam najgorszym - polskim. Przedwczoraj odbył się ostatni egzamin, więc teraz jestem zawieszona w tej niesamowitej przestrzeni pomiędzy byciem uczniem a studentem, i rozpoczynam najdłuższe wakacje w życiu. Z jednej strony chciałabym je spożytkować pracując, a z drugiej... Jest tyle miejsc do zobaczenia, nawet w najbliższej okolicy! A co dopiero w Polsce, a w Europie... Biorę więc notes i zapisuję co chcę zobaczyć, gdzie chcę pojechać, a może i gdzie znaleźć pracę, na te urywki wakacji gdy będę w domu? Aktualnie wygląda to tak jak na zdjęciu, pusty notes, filiżanka kawy i całe stosy książek, z kolei soundtrack z "Dirty Dancing" pełni funkcję powietrza. A od dzisiaj rower nie będzie mi służył jako środek transportu dom-szkoła-dom, zaczynam robić nim trasy liczące najpierw kilka a potem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kilometrów. Mam na to aż 4,5 miesiąca.

A teraz zmykam na występ z grupą teatralną, do napisania! :)

piątek, 1 maja 2015

Mobilemix czyli podsumowanie kwietnia


Hej! Wpadłam tutaj tylko na chwilę wrzucić podsumowanie kwietnia... i wracam do nauki. Szkołę skończyłam, podobnie jak skończyłam już 19 lat. Matura już w poniedziałek a materiału do powtórzenia cała masa. Mam nadzieję, że cały maraton przeżyję i będę mogła za dwa tygodnie wrócić tutaj i o wszystkim napisać.

Uciekam do stosu książek, życzcie powodzenia!
Do następnego! :)

świąteczny wypad nad jezioro * krwiodawstwo! * lekcje na świeżym powietrzu
wiosna * ostatni spojrzenie na szkołę oczami ucznia * dżampreza z klasą
wesele kuzynki * taka scena - Zemsta po raz kolejny! * urodzinowy tort bezowy

sobota, 18 kwietnia 2015

maturazarazumrę czyli blog update


Hej! Dawno mnie tutaj nie było, i nie, nie zostałam pożarta przez nauczycieli (choć mało brakowało) u maturę (to mnie jeszcze czeka). Wielce prawdopodobne jest to, że majowego maratonu nie przeżyję, a jeśli okaże się, że miałam te szczęście oddychać dalej, to okres "po maturze" wydaje się być bardzo ekscytujący i zakręcony. Pod znakiem zapytania jest wyprawa do Gdańska, choć nie chciałabym sobie jej odpuszczać, tydzień po trójmieście czeka mnie przeprawa na drugi koniec polski - bo w Góry Stołowe. Następnie chciałabym pieszo pójść do Częstochowy, a wracając zahaczyć o Wrocław. Na koniec sierpnia czeka mnie podbój krajów skandynawskich - Kopenhaga i Oslo - przybywam! Dalej, jeśli dobrze pójdzie wybywam znów w góry - tym razem Bieszczady. Jestem ciekawa czy moje szalone plany się powiodą, dużo zależy od matur. Ale ja zamiast się uczyć przeglądam ładne profile na instagramie. Nie, żebym była jakimś stalkerem czy coś. Patrzenie na ładne zdjęcia poprawia humor. Nie mówiąc już od piosenkach z lat 50,60,70 czy też 80. Zdecydowanie mam słabość do muzyki z tamtych lat i to one od kliku miesięcy królują na playliście. To z kolei skutkuje stwierdzeniem "potańczyłabym". Na moje szczęście (taneczne), albo i nieszczęście za tydzień idę na ślub i wesele kuzynki. Liczę na to, że po tamtych wydarzeniach stwierdzenie "potańczyłabym" będzie miało mniejszą częstotliwość niż obecnie. 

A propo tańczenia, w momencie gdy ja wylewam wam swoje żale, jak chętnie bym potańczyła, czwórka moich znajomych bawi się na fizycznym balu, i sama nie wiem czy cieszyć się z tego że nie dają znaku życia czy też nie. Chyba wybiorę te pierwsze, a potem nadal będę narzekać zaczynając od słowa na "pe".

Moje życie kręci się wokół rozpaczań nad nędznym losem maturzystów i zmiennością nastojów nauczyciela od angielskiego (prawie jak kobiety w ciąży) - i tutaj nie przesadzam, bo pozostała część społeczności szkolnej chętnie to potwierdzi. Język polski również mnie nie lubi (ze wzajemnością oczywiście) dlatego dyrekcja w dniu dzisiejszym uraczyła nasza klasę ich liczbą sześciu.  Żartownisie, myśleli że od 10 do 15 będę czytać i interpretować wiersze. Rozpaczania biorą również swój powód z tego, że pozostało mi jedynie niemal 5 dni w cudownej szkole, ponadto, po maturze nastąpią życiowe dylematy, i nie mówię tu tylko o wyborze praca vs. odpoczynek ale o zabawnej kwestii wyboru kierunku studiów. Jedyna pewna informacja, to taka, że 15 trzeba iść na imprezę uczcić przeżycie maratonu maturalnego. O ile oczywiście go przeżyję.

Jak sami teraz zapewne zauważyliście, ostatnio jestem monotematyczna, i gdybym miała was codziennie raczyć postem z serii #maturazarazumrę, moglibyśmy się zakładać kto szybciej wyciągnie białą flagę.

A teraz, zostawiam was ze zdjęciami z ostatnich dwóch tygodni i idę tanecznym krokiem w kierunku łóżka, licząc że przyśni mi się coś tak cudownego jak wczoraj i obudzę się z uśmiechem na twarzy. Dobranoc! :)

czwartek, 2 kwietnia 2015

Mobilemix czyli podsumowanie marca


"Niech duchy tych co mieszkali tu" - Kayah
z bajki "Mój brat niedźwiedź"

Hej! Rozszalałam się ostatnio z obecnością tutaj. Jednak gwarantuję wam, dzisiaj nie będziecie mieli tyle czytania co wczoraj. Dzisiejszy dzień fundował równie ekstremalne warunki pogodowe co poprzedni, a ja zaczęłam zastanawiać się czy większy żart zafundowała pogoda czy też nauczycielka z historii. Miałam w planach wybrać się do urzędu, gdyż muszę wyrobić paszport aby dostać się do Norwegii w te wakacje. Jednak tak się nie stało i wyjazd do urzędu musiałam odłożyć na inny dzień. W szkole jak wspominałam zażartowała sobie z nas nauczycielka z historii, na sprawdzianie umiałam daty, jednak przez to, że przez pomyłkę wpisałam je w inne miejsca straciłam aż 8 punktów i nic się nie dało z tym zrobić... Po lekcjach wybrałyśmy się we trzy z Alą i Werą na podbój ciucholandów. W międzyczasie musiałyśmy jednak przerwać nasze wojaże, Ala musiała wracać do domu a ja z Werą do szkoły zabrać plecaki gdyż zamykano ją dużo wcześniej. Pokrzyżowało to plany i wylądowałyśmy w pizzerii którą odwiedziłam w niedzielę. Po drodze porządnie zmokłyśmy, pomimo tego iż chociażby miałam na sobie kurtkę do zadań specjalnych i trapery. Ale spędziłyśmy czas bardzo przyjemnie, a i czerwone kanapy były nasze gdyż byłyśmy tam same! Potem ja udałam się do domu (znów wróciłam mokra bo deszcz i grad nie oszczędzał) a potem na próbę chóru. Gdy wróciłam na dobre do domu miałam dość pogodowej aury i cieszę się, że nie musiałam już więcej wychodzić z domu!

Marzec minął w zastraszająco szybkim tempie, już jest kwiecień, a to oznacza, że pozostał mi tylko miesiąc do ukończenia szkoły i niewiele ponad miesiąc do matur. Pozostawię to bez komentarza i przejdę do wspominania poprzedniego miesiąca. 
Piosenka tego miesiąca musiała się wiązać z koncertem disney'owskim. Ta najbardziej mi zapadła w pamięć, to pewnie przez powtarzanie tej piosenki kilkadziesiąt razy na próbach a była ona wykonywana na początku koncertu przez wszystkich uczestników. Na początku miesiąc dokonałam odkrycia w starej i nieużywanej części domu mojej babci, biało-niebieska waza skradła moje serce i czuję, że szybko o niej nie zapomnę. Maturzyści wybrali się na pielgrzymkę do Częstochowy, ja będę wspominać ją bardzo miło, i mam nadzieję, że w lipcu uda mi się pójść na Jasną Górę pieszo! Potem był dzień kobiet, po którym w moim pokoju zamieszkały owe kwiatki. Na początku marca (w przeciwieństwie do tego co dziej się za oknem) pogoda nas rozpieszczała więc wraz z Werą poszłyśmy na spacer po mieście zahaczając o jezioro. Kilka dni później odbył się owy koncert a już następnego dnia oglądaliśmy jego nagranie. W tym miesiąc nastąpił również szereg wystawianych spektakli "Zemsty". A po jednym z nich udaliśmy się do pizzerii, która zyskała miano "Mirandad approved". Pod koniec miesiąca, o czym pisałam wczoraj, najpierw zaskoczyły nas ulewy i burzowe chmury a na końcu śnieg, który spóźnił się bardziej niż ja na wszystkie lekcje angielskiego w tym roku szkolnym razem wzięte - a to był już nie lada wyczyn.

Teraz pozostaje mi tylko powiedzieć dobranoc, i cieszyć się z tego, że nie obudzi mnie dźwięk budzika o 7 rano :)

Do następnego!

znalezisko w domu babci * mural w Częstochowie * ośmiomarcowe kwiatki
spacer nad jeziorem * nagrania z koncertu * "Zemsta" w najładniejszej scenerii
najlepsza pizzeria w mieście * burzowe chmury nad moją ulicą * śnieg za oknem

wtorek, 31 marca 2015

Teatr i muzyka czyli z perspektywy sceny


Hej! Dawno mnie tutaj nie było. Muszę przyznać, że od ostatniego posta dopiero teraz znalazłam chwilę aby tutaj zajrzeć i napisać. A to dlatego, że na jutro nie mam nic naglącego i mogę bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia posiedzieć przy komputerze. Działo się tak dużo, że sama do końca nie wiem od czego zacząć. Podobno najlepiej od początku, ale nawet to jest trudne. Czuję, że ten post będzie zawierał więcej słów od moich wszystkich prac na próbnych maturach razem wziętych.

A skoro już o maturach mowa to po wspomnianej w poprzednim wpisie ustnej z angielskiego przyszedł czas na większy pogrom. Ustna z polskiego. Było zaskakująco dobrze jak na mnie, zanotowałam tendencję wzrostową gdyż wynik to 29/40. Z polskiej ustnej każdy wynik mnie zadowoli, byleby zdać, tematy to loteria teraz mogło mi pójść dobrze a za 1,5 miesiące może nie być tak kolorowo. Po maturach korzystając z pięknej pogody poszłam z Werą na spacer, podczas którego powstał nasz biznesplan "Flip i Flap. Malowanie na poziomie." Gwarantuję wam, że gdybyście nas zatrudnili mielibyście wymalowane ściany na najwyższym poziomie! Po rekolekcjach i próbnych maturach przyszedł czas na konkurs piosenki anglojęzycznej. Spędziłam go oczywiście na robieniu zdjęć i słuchaniu wykonań. Przegadałam go też z Wojtkiem, który swoją drogą zajął 2 miejsce. W przerwie konkursu mundurówka dopadła sprzętu dzięki czemu zostaliśmy uraczeni hitami prosto z osiemnastek czyli niczym innym jak disco polo. Wszystkim maturzystom obecnym na auli jednogłośnie zachciało się tańczyć i zaczęli żałować iż czas 18 już przeminął. Następnego dnia odbył się szkolny dzień wiosny, grupa teatralna przedstawiała "Zemstę" a potem były piosenki i wybór miss i mistera wiosny na wesoło. Aż smutno się zrobiło, że to już ostatni raz z tej szkole . Potem odbyła się próba na koncert Disney'owski. Tamten weekend spędziłam na oglądaniu filmu... ze studniówki. Choć nasza klasa płyt jeszcze nie dostało to do mnie dotarł dziwnym trafem film na pędraku. Ku mojemu zdziwieniu nagranie wyszło naprawdę świetnie i na szczęście będę miała całkiem fajną pamiątkę z tego balu. Ponadto oglądałam odcinki "Małych Gigantów", programu, który podbił moje serce od pierwszego obejrzenia.

Po owym weekendzie brałam udział w ciekawym wykładzie dotyczącym Etiopii i naturalnie odbywały się próby na środowy koncert.  We wtorek ponownie wyszłam na scenę jako Podstolina w "Zemście" a potem znów próba na koncert. W środę z kolei jako czajnik (aka francuska pokojówka) z "Pięknej i Bestii" oraz muza z "Herkulesa" przeżyłam kompromitację życia śpiewając na scenie. Przysięgłam sobie, że to koniec mojej kariery solowej, to był pierwszy i ostatni raz, szkoda słuchu widowni, i mojego stresu przy okazji.  Choć nie powiem, koncert wyszedł całkiem niezły a i ludzie podobno byli zadowoleni, nie licząc moich występów to i ja byłam zadowolona. Po koncercie pewna dwójka odprowadziła mnie do domu a ja rozsiadał się topiąc beznadziejny humor w czekoladzie oreo. Czwartek był dniem kryzysowym i zasłonię go milczeniem. Za to piątek był już całkiem udany. W ciucholandzie, na których podbój ruszyłam z Alą i Werą, dorwałam rewelacyjną torbę na aparat. Wieczorem z kolei wyszłam na scenę po raz kolejny, powróciłam jednak do roli Podstoliny. Sceneria była najlepszą w jakich dotychczas mieliśmy okazję występować a powiedzenie znajdziecie na zdjęciach poniżej. Była pizza, tulipany, ciepłe przyjęcie, śpiewające sprzątanie dekoracji i ciasteczka. Fajne jest życie "aktora".  W sobotę z kolei poświęciłam czas kuzynce, która przyleciała z Irlandii, razem pochodziłyśmy po mieście a potem pojechałyśmy do innej kuzynki gdzie zrobiłam sesję zdjęciową ich dzieciom, małym kochanym brzdącom, które są moimi osobistymi "Małymi Gigantami". W niedzielę scena ponownie należałam, do naszej grupy teatralnej, z tą różnicą, że owa scena była już poznańska. Było zwiedzanie zamku, oglądanie wystaw, i sesja zdjęciowa w kapeluszu. Zdjęcia oczywiście macie poniżej. Po powrocie z Poznania udaliśmy się częścią grupy i niedobitkiem na pizzę, która okazała się być najlepszą w mieście a sama pizzeria jednym z najprzytulniejszych miejsc tutaj.

Chociaż poniedziałek był spokojny, to o dzisiejszym dniu nie mogę tego powiedzieć. Od rana zasypał nas śnieg (dziękować że dzisiaj założyłam trapery), potem deszcz, słońce i tak w kółko. Postanowiliśmy, że dzisiaj dokończymy nagrywanie czołówki do studniówki. Akurat gdy mieliśmy możliwość nagrania zerwała się taka nawałnica, że w przeciągu kilku minut byłam cała mokra. Najzabawniejsze było nagrywanie sceny wyścigu, pojechaliśmy wtedy za miasto. W ulewie ustawiliśmy się samochodami. Mateusz trzymał Ali parasol, która nagrywała scenę. A ja obok nich z drugim parasolem.  Mieliśmy tylko jedną próbę, gdyż nikt nie chciał przemoknąć jeszcze bardziej (gdyby to było jeszcze możliwe).  Trzeba się poświęcić gdy chce się z czołówki zrobić kolejnych szybkich i wściekłych. Ale, gdy tylko kamera była gotowa cisnęłam parasolem w pole i podbiegłam do samochodów aby wystartować ścigających się Marcina i Olę (a Martę w rzeczywistości). Zabawne było to, że w przeciągu godziny przemieszczałam się 4 samochodami (Agaty, Mateusza, Marcina i Maksa). Mniej zabawne było to, że gdy skończyliśmy nagrywanie i wszyscy się rozjechali, nagle się rozpogodziło i wyszło słońce. Za to jedno jest pewne, nagrywanie tych scen będzie niezapomniane. Teraz tylko pozostaje wybrać zdjęcia do wspomnień, muzykę i czekać na efekt końcowy. Którego zresztą jestem ciekawa! Nawet bardziej niż zdjęć z imprezy. Właśnie, dzisiaj dostałam dzięki uprzejmości Agaty kilka zdjęć ze 100. Nie uciekłam po ich zobaczeniu i mam nadzieję, że gdy zobaczę resztę również nie ucieknę. Ale to pewnie dopiero po Świętach.

A teraz, idę spać, jest już grubo po północy ale post będzie z wtorkową datą. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli tego za złe :)
Do następnego! :)

ps przeraża mnie ulewa i wichura za oknem, aż dziwne że ani razu prądu mi nie wyłączono...

wtorek, 17 marca 2015

Zielone celebrowanie czyli St Patrick's Day


Hej! Stwierdziłam, że jedyne czego teraz potrzebuję to wydłużenia doby o kilka godzin. Ciężko mi znaleźć czas na cokolwiek, przez co zarywam noce i w ostatnich dwóch tygodniach tylko raz spałam dłużej niż 5 godzin. W ciągu dnia ratuje się kawą, jednak wiem, że długo tak nie pociągnę i muszę zacząć się ogarniać życiowo. Wczoraj, równo dwa miesiące po studniówce, nagrywaliśmy czołówkę do filmu, niestety nie udało nam się nagrać wszystkiego, kilka scen musimy dokręcić, ale mam nadzieję że efekt będzie warty godzin przygotowań. Od wczoraj mamy również rekolekcje. Niestety maturzystom nie jest dane w pełni w nich uczestniczyć, gdyż mamy próbne ustne matury. Dzisiaj był angielski, zadania mnie rozwaliły. Jednak przeczuwam iż nauczycielka zauważając dzisiaj moją irlandzką koszulkę sama dobrała mi zestaw egzaminacyjny, bowiem jedno z zadań było o sytuacjach pechowych i szczęśliwych, co przynosi mi szczęście i czy wierzę w przepowiadanie przyszłości. Nie mogło się obyć bez wtrącenia wątku irlandzkiego, rzymskiego i o fotografii. Niestety pozostałe zadania należały do kategorii tak trudnych, że ciężko było je uargumentować nawet w języku polskim. Końcowy wynik to 22/30 pkt, nie jest źle, aczkolwiek mogłoby być lepiej. Jednak żeby umilić szarą rzeczywistość przygotowałam coś zielonego!

17 marca jest dniem św. Patryka. Przybliżałam wam te święto już nie raz więc powtarzać się nie będę, jednak zachęcam was do zgłębienia się w ten temat, warto! Podczas tego jednego dnia w roku zielony staje się cały świat, różne atrakcje turystyczne przybierają ową barwę z okazji dzisiejszego święta. Poniżej widzicie zdjęcia zaledwie kilku z nich, a na początku posta jest filmik pokazujący takich miejsc trochę więcej. Zachęcam do obejrzenia ;)

A teraz uciekam, podobno dzisiaj na niebie jest widoczna zorza polarna. Idę więc jej szukać! 
Do następnego i Happy St Patrick's Day! :)

źródło zdjęć: www.u.tv 

niedziela, 8 marca 2015

Damski dzień i wieczór czyli kilka zdjęć


Hej! Na wstępie składam wszystkim paniom odwiedzającym życzenia wszystkiego najlepszego z okazji naszego święta! Aktualnie siedzę mało elegancko ubrana, bo w dresie (najwygodniejsze ubranie na świecie) z kubkiem kawy obok (trochę nienormalna godzina na picie kawy ale zaraz zasnę, niepotrzebnie kładłam się spać o 4 nad ranem...) i wraz z mapą i wujkiem google planuję jak maksymalnie wykorzystać czas wolny w Częstochowie. Mam już zaplanowaną trasę, i mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i uda się zobaczyć wybrane miejsca! O pogodę się nie martwię, ma być słonecznie i 10 stopni! Lubię to! Ale, więcej opowiem jak wrócę! 

Nawiązując do dnia kobiet. Rozpoczęłam owe świętowanie już  piątek. Odbył się wtedy damski wieczór podczas którego wystawialiśmy "Zemstę". Wszystko wyszło należycie doskonale. Nie wywaliłam się na scenie, nie zapomniałam tekstu. Oby następne odsłony wychodziły coraz lepiej! Niektórzy na scenie szaleli, inni jeszcze bardziej. Jednak każdemu oglądającemu się podobało - cel został osiągnięty! Po całym evencie wraz z Werą i Mateuszem udaliśmy się na spacer po mieście, wprawdzie nie zakończył się tak jak chcieliśmy, ale było bardzo fajnie. Dzisiaj z kolei po meczu koszykówki zgarnęłam Werę i w związku z cudowną pogodą wybrałyśmy się na wycieczkę rowerową. Obczaiłyśmy miejsce gdzie będziemy nagrywać czołówkę do studniówki. Plac do sceny wyścigu wydaje się być idealny! Potem poszłyśmy dalej na krótką, aczkolwiek owocną sesję zdjęciową. Zatem mogę stwierdzić,że dzień kobiet spędziłam całkiem przyjemnie. 

Teraz uciekam, o 3 w nocy wyjeżdżamy do Częstochowy! Po powrocie szykujcie się na dużą dawkę zdjęć! 
Dobranoc! :)