piątek, 19 czerwca 2015

Around The Poland czyli Gdańsk


Hej! Siedzę tak sobie w te piątkowe południe i sączę kawę z filiżanki. Piątkowe. Kiedyś zapewne żyłabym weekendem, narzekając na milion spraw i czekając na ten ostatni dzwonek, oznaczający koniec lekcji. Teraz jednak wszystkie dni wyglądają tak samo, każdy jest sobotą. I muszę sporo się nagłowić, żeby ustalić jaki jest dzień tygodnia. I choć wiem, że gdy w końcu pójdę do pracy będę mówić, że nienawidzę świata, to chyba będzie lepsze to, niż zastanawianie się co zrobić ze swoim życiem i jak spożytkować wolne 24 godziny. Chociaż, wiecie co, już wiem co zaraz będę robić. Idę oglądać kolejny odcinek Przyjaciół (logika). A tymczasem zapraszam was do sprawdzenia, co działo się z nami w Gdańsku!

Trzy dni w Trójmieście minęły zdecydowanie za szybko i jestem pewna że kiedyś tam wrócę żeby zobaczyć i zrobić to, czego nie udało nam się za pierwszym razem. Przed wyjazdem szukałam miejsc wartych odwiedzenia i spisywałam je w swoim zeszycie (bo notatnika idealnego dorobiłam się dopiero w Tigerze w Sopocie), powstała z tego dwustonnicowa lista, z adresami i godzinami otwarcia. 

Będąc w Gdańsku, dnia drugiego dopiero rozpoczęłyśmy jego zwiedzanie. Gdy już zwlekłyśmy się z łóżek, doprowadziłyśmy się do stanu używalności, zjadłyśmy śniadanie z truskawkami (kupionymi dzień wcześniej wracając z plaży) i wypiciu of kors kawy (Ala preferowała herbatę) wsiadłyśmy do kolejki i wyruszyłyśmy do centrum. Pierwszym naszym punktem była Bazylika Mariacka i widok z jej wieży (który zdobył moje serce. edit. Który punkt widokowy nie zdobył mojego serca?), następnie przeszłyśmy się ulicą Mariacką, zwiedziłyśmy Ratusz, następny na liście był Dwór Artusa jednak okazało się, że zamykali o 12:30 gdy my przybyłyśmy tam kilka minut później dane nam było tylko popatrzeć na zamknięte drzwi i pana ochroniarza. Pod drodze do Muzeum Narodowego udałyśmy się na Zielony Most by podziwiać słynny widok na słynnego Żurawia. W samym muzeum największe wrażenie zrobił oczywiście tryptyk Hansa Memlinga "Sąd Ostateczny", gwarantuję, że nawet jeśli na lekcji polskiego tylko nad tym obrazem w podręczniku przysypialiście to oglądanie go na żywo sprawi wam niezłą frajdę (potwierdzone przez przeciwieństwo humanisty - czyt. mnie). Potem nadszedł czas na popołudniową kawę i tak oto trafiłyśmy do polecanego Mitte Chleb i Kawa. Kupiło mnie tam wszystko, od samej kawy po wystój.  Potem wróciłyśmy do centrum gdzie przeszłyśmy się długim pobrzeżem by na końcu wylądować w barze na dachu hotelu Hilton. Widok był cudowny, tak samo jak zamówione przez nas mojito. Zastanawiam się dlaczego dopiero teraz poznałam jego smak, pewnie czekało na mnie ba dachu Hihihiltona (Ala, if you know what i mean). Dalej zahaczyłyśmy o Lodziarnie "Miś" i stwierdziłyśmy, że pora wracać jeśli chcemy zdążyć na zachód słońca. Można uznać że zdążyłyśmy bo powitały nas takie kolory które połączyły się w taki sposób, że Sparks chętnie umieściłby tam co najmniej połowę swoich romantycznych scen. Spędziłyśmy na plaży dobre kilkadziesiąt minut patrząc na morze, robiąc zdjęcia i rozmawiając. I gdyby nie to, że zaczynało się naprawdę ściemniać a wizja nieprzespanej nocy dnia następnego nas prześladowała, posiedziałybyśmy tam dłużej. Następnego dnia poranny rytuał wyglądał podobnie, z tym, że zaspałyśmy (morskie powietrze służyło nam aż za dobrze) i wyżej wymienione czynności trzeba było robić kilka razy szybciej. Tego dnia spacerowałyśmy po Parku Oliwskim, Palmiarni oraz zwiedziłyśmy Katedrę Oliwską i wysłuchałyśmy niesamowitego koncertu organowego. Potem wróciłyśmy do centrum aby zwiedzić Dwór Artusa. Dalej udałyśmy się ponownie długim pobrzeżem gdzie kupiłyśmy pocztówki a następnie upolowałam kryminał Agaty Christie w malutkim antykwariacie. Potem jak na prawdziwe turystki przystało udałyśmy się pod stocznię gdańską, a z niej prosto do KFC. 

W związku z tym, że nasze przygody w trójmieście dobiegały końca, zupełnie z zaskoczenia i zupełnie spontanicznie poszłyśmy pożegnać się z morzem (nie spodziewaliście się tego). Potem wróciłyśmy tylko zabrać torby i na dworzec. Rada numer jeden: zawsze sprawdzajcie dziesięć razu godzinę odjazdu pociągu, żeby nagle nie okazało się, że odjeżdża 20 minut wcześniej niż myśleliście (i tylko fuks was uchronił przed kłopotami). Koniec rady. Jednak po użyciu kilku środków transportu do domów dotarłyśmy i tak oto skończyły się przygody dwóch takich co podbiły trójmiasto i zgubiły się na dworcu w Poznaniu.

Do następnego! :)

(ph. Ala and me)

środa, 17 czerwca 2015

Little life update czyli co u mnie słychać

1) to co nakładam na twarz każdego dnia
2) typowy poranek

Hej! Czuję się nadzwyczaj dziwnie w tym momencie. I nie chodzi tu o to, że nadal nie mam wybranego kierunku studiów.  Pisze tego posta z mojego łóżka. Zwykle nadawałam do was sprzed komputera z kubkiem kawy i znosząc narzekania brata który czeka aby zagrać w kolejną grę. I nie, nadal nie kupiłam laptopa (kolejna rzecz którą powinnam teraz robić). Po prostu wena twórcza dopadła mnie w momencie gdy miałam zasypiać a pod ręką miałam telefon. Tkwienie w tej niesamowitej przestrzeni wakacji jest równie frustrujące co świetne. Chce spakować się plecak i walizkę i zobaczyć kawał świata wykorzystując fakt bycia wolnym przez 4 miesiące, ale z drugiej strony byłoby szaleństwem zapominanie o rzeczywistości. I tak oto będąc pośrodku tych dwóch teorii nie spakowałam plecaka i nie wybrałam kierunku. Pozostawię to bez komentarza.

W ostatni weekend stałam się osobą nader społeczną bo ilość ludzi jaka mnie otaczała była dość duża. W piątek odwiedziłam taką liczbę lekarzy iż sama się sobie dziwiłam. Wracając natomiast zmokłam tak niemiłosiernie z powodu burzy. Bo geniusz zabrał ze sobą parasolkę z metalową końcówką a chyba wolałam wyglądać prawie jak mickiewiczowska świtezianka w wersji bez wodorostów niż być trafioną przez piorun. Oprócz tego dwa dni z rzędu wracałam do domu w nocy i te zjawisko było o tyle dziwne co czułam się z tym dobrze (biorąc pod uwagę że rzadko wychodzę z domu wieczorami bo wolę wpatrywać się w ekran komputera czy też czytać książki). Za to od poniedziałku wiodę szalone życie antyspolecznika i wychodzę na zewnątrz tylko wtedy kiedy muszę. To znaczy do biblioteki gdy cały zapas Sparksa został wyczerpany. Limit dni wolnych topnieje w oczekiwaniu na telefon z pracy a ja nadal nie przeczytałam wszystkich zamierzonych książek (a od dziadków przytargałam kolejne 30 - dziecko szczęścia) i nadal nie obejrzałam wszystkich odcinków Friends i Sex and the city. Nie mówiąc już o filmach.

3) widok gdy jednak pogoda zdecyduje się być nader sprzyjająca
4) gdyby nie rozsądek (a zostało mi go trochę) jadłabym je na śniadanie, obiad i kolację

W planach na najbliższe dni mam posegregowane każdej części mojego pokoju, wyrzucenie rzeczy zbędnych a zostawienie tych najważniejszych. A w międzyczasie czytanie książek i oglądanie seriali of kors. W sobotni wieczór ku mojej uciesze będę wiksować wraz ze znajomymi na parkiecie na 18 Marty. I choć moja kariera anyspołecznika się zakończy to będę się niezmiernie cieszyć, że w końcu będę miała okazję potańczyć.

Na dzisiaj kończę, idę robić rewolucje w szafie, w następnym natomiast poście powspominamy Gdańsk... Do następnego! :)

5) nowa wygospodarowana półka na książki, ponownie z odwróconymi grzbietami
6) zachód słońca, zdjęcie miało go oddawać a wyszło jak zwykle

czwartek, 11 czerwca 2015

Around The Poland czyli Sopot

(ph. Ala and me)

Hej! Choć wakacyjne dni mijają to i tak nie miałam czasu żeby częściej tutaj zaglądać. Miałam do załatwienia sporo spraw, i nie mowa tutaj o kwestii rekrutacji na studia.Ostatnio działo się dość dużo. Poznałam dwójkę niesamowitych ludzi, podjęłam się teatralnego wyzwania, buszowałam w antykwariacie, rozwijałam podejście slow fashion, i starałam dostosować się je do siebie, czytałam kolejne książki, pierwszy raz jadłam sushi, oraz wróciłam do smaków Chorwacji czyli owoców morza. I wykonywałam całe mnóstwo innych czynności, ale chyba zapomniałam o jednej z najważniejszych rzeczy. Czas nieubłaganie płynie a ja nadal nie wiem co zrobię ze swoim życiem w październiku. Chciałabym być choć w pięćdziesięciu procentach pewna gdzie będę studiować, a do pewności jest zdecydowanie dalej niż bliżej. Dzisiaj dowiem się jak będą wyglądały moje wakacje, ale o tym zapewne napiszę później. Muszę uporządkować wiele spraw, a jeszcze więcej przemyśleć. I nie mowa tutaj tylko o słowie na pe, bo realizacja misji "potańczyłabym" nastąpi już 20 czerwca. Ale dość kontemplowania, nie tylko po to się tutaj zjawiłam!

Jak obiecałam, rozpoczynam serię postów o podróży do Trójmiasta. Wybrałyśmy się tam tylko we dwie, Ala i ja. I do jednego z największych sukcesów w życiu mogę z pewnością tę podróż zaliczyć, nie pozabijałyśmy się, nie zgubiłyśmy się, wręcz przeciwnie, prawie wszystko szło po naszej myśli. Pierwszego dnia po wstępnym zakwaterowaniu poszłyśmy przywitać morze (radość była prawie taka sama jak podczas jazdy pociągiem, sklep z z bułkami o którym wspominałam ostatnio mógłby być nad morzem). Po tym niezmiernie ważnym punkcie podróży obrałyśmy sobie za cel Sopot. Najwięcej czasu spędziłyśmy na molo (z czego niezmiernie byłam szczęśliwa byłam ja, jak i moje zakwasy aka pamiątki po pracy). Kolorystyka tego miejsca zachwycała i idealnie wpasowywała się w mój gust oraz strój. Potem udałyśmy się do opery leśnej, do której droga miała trwać jedynie 15 min spacerkiem. Niestety 15 min byłoby zbyt piękne, bo szłyśmy tam zdecydowanie dłużej, aby się dowiedzieć od pana ochroniarza, że zwiedzanie jest niemożliwe bo już nie ta godzina i trwają próby do jakiegoś tam festiwalu. Szkoda, że takiej informacji nie podano nigdzie na tablicach informacyjnych w centrum miasta. Wróciłyśmy więc na zachód słońca którego nie było bo chmury postanowiły tego wieczoru urządzić imprezę nad molo. Jednak naszego humoru to nie popsuło bo na plaży posiedziałyśmy, patrząc na zapadające się w mrok morze, potem wróciłyśmy do naszego pensjonatu (który swoją drogą okazał się strzałem w dziesiątkę!) gdyż trzeba było się przygotować na zwiedzanie Gdańska! Ale o tym w kolejnej części. gdyż teraz idę spać...

Do następnego i dobranoc! :)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Mobilemix czyli podsumowanie maja

Mark Ronson  - Uptown Funk ft. Bruno Mars
+ Maroon 5 - Sugar

Hej! Wróciłam już ze wszystkich moich wojaży, jednak zanim zobaczycie zdjęcia musicie trochę poczekać. Jest ich całe mnóstwo, a ja muszę jeszcze znaleźć ok 30 GB wolnego miejsca na dysku, żeby materiał nie męczył się na karcie i pędraku, ponadto, zdjęcia w górach robiłam również aparatem koleżanki, więc muszę poczekać aż dostanę zdjęcia od niej. Ale po kolei, najpierw byliśmy z klasą pod domkami nad jeziorem, było świetnie, i szkoda, że trzeba było wracać po jednej nocy. Tydzień temu wraz z Alą wyruszyłyśmy do Gdańska, pociągiem. Tak, pociągiem (to niezmiernie ważne wydarzenie w moim życiu, jechałam nim pierwszy raz i spodobało mi się do tego stopnia, że mogłabym nim jeździć nawet po bułki na śniadanie). Było wprost cudownie, przeżyłyśmy i niesamowite jest to, że ani razu się nie zgubiłyśmy! W piątek w kolei znalazłam się ponad 500 kilometrów dalej, bo w Górach Stołowych. Było równie wspaniale, lecz więcej opowiem później. W przeciągu tygodnia przebyłam ponad 1300 km i podobało mi się do tego stopnia, że chętnie pojechałabym gdzieś jeszcze! Niestety teraz czas skupić się na pracy, żeby mieć za co ponownie gdzieś pojechać... 

Maj był jednym z najbardziej zakręconych miesięcy w moim życiu, najpierw intensywna nauka i stres związany z maturami, a potem to co lubię najbardziej czyli podróżowanie. O moich wojażach dowiecie się jak już wspominałam później, bo teraz zabieram się za sprzątanie zarówno na dysku jak i w pokoju, a ponadto na montowaniu video z Gdańska. 

Do następnego! :)

matury * ogniska rodzinne pomaturalne * pod domkami z klasą
pociąg * plaża, Morze Bałtyckie po 10 latach * stare miasto
widok z wieży Bazyliki Mariackiej * w drodze na Szczeliniec Wielki * Góry...