Hej! Siedzę tak sobie w te piątkowe południe i sączę kawę z filiżanki. Piątkowe. Kiedyś zapewne żyłabym weekendem, narzekając na milion spraw i czekając na ten ostatni dzwonek, oznaczający koniec lekcji. Teraz jednak wszystkie dni wyglądają tak samo, każdy jest sobotą. I muszę sporo się nagłowić, żeby ustalić jaki jest dzień tygodnia. I choć wiem, że gdy w końcu pójdę do pracy będę mówić, że nienawidzę świata, to chyba będzie lepsze to, niż zastanawianie się co zrobić ze swoim życiem i jak spożytkować wolne 24 godziny. Chociaż, wiecie co, już wiem co zaraz będę robić. Idę oglądać kolejny odcinek Przyjaciół (logika). A tymczasem zapraszam was do sprawdzenia, co działo się z nami w Gdańsku!
Trzy dni w Trójmieście minęły zdecydowanie za szybko i jestem pewna że kiedyś tam wrócę żeby zobaczyć i zrobić to, czego nie udało nam się za pierwszym razem. Przed wyjazdem szukałam miejsc wartych odwiedzenia i spisywałam je w swoim zeszycie (bo notatnika idealnego dorobiłam się dopiero w Tigerze w Sopocie), powstała z tego dwustonnicowa lista, z adresami i godzinami otwarcia.
Trzy dni w Trójmieście minęły zdecydowanie za szybko i jestem pewna że kiedyś tam wrócę żeby zobaczyć i zrobić to, czego nie udało nam się za pierwszym razem. Przed wyjazdem szukałam miejsc wartych odwiedzenia i spisywałam je w swoim zeszycie (bo notatnika idealnego dorobiłam się dopiero w Tigerze w Sopocie), powstała z tego dwustonnicowa lista, z adresami i godzinami otwarcia.
Będąc w Gdańsku, dnia drugiego dopiero rozpoczęłyśmy jego zwiedzanie. Gdy już zwlekłyśmy się z łóżek, doprowadziłyśmy się do stanu używalności, zjadłyśmy śniadanie z truskawkami (kupionymi dzień wcześniej wracając z plaży) i wypiciu of kors kawy (Ala preferowała herbatę) wsiadłyśmy do kolejki i wyruszyłyśmy do centrum. Pierwszym naszym punktem była Bazylika Mariacka i widok z jej wieży (który zdobył moje serce. edit. Który punkt widokowy nie zdobył mojego serca?), następnie przeszłyśmy się ulicą Mariacką, zwiedziłyśmy Ratusz, następny na liście był Dwór Artusa jednak okazało się, że zamykali o 12:30 gdy my przybyłyśmy tam kilka minut później dane nam było tylko popatrzeć na zamknięte drzwi i pana ochroniarza. Pod drodze do Muzeum Narodowego udałyśmy się na Zielony Most by podziwiać słynny widok na słynnego Żurawia. W samym muzeum największe wrażenie zrobił oczywiście tryptyk Hansa Memlinga "Sąd Ostateczny", gwarantuję, że nawet jeśli na lekcji polskiego tylko nad tym obrazem w podręczniku przysypialiście to oglądanie go na żywo sprawi wam niezłą frajdę (potwierdzone przez przeciwieństwo humanisty - czyt. mnie). Potem nadszedł czas na popołudniową kawę i tak oto trafiłyśmy do polecanego Mitte Chleb i Kawa. Kupiło mnie tam wszystko, od samej kawy po wystój. Potem wróciłyśmy do centrum gdzie przeszłyśmy się długim pobrzeżem by na końcu wylądować w barze na dachu hotelu Hilton. Widok był cudowny, tak samo jak zamówione przez nas mojito. Zastanawiam się dlaczego dopiero teraz poznałam jego smak, pewnie czekało na mnie ba dachu Hihihiltona (Ala, if you know what i mean). Dalej zahaczyłyśmy o Lodziarnie "Miś" i stwierdziłyśmy, że pora wracać jeśli chcemy zdążyć na zachód słońca. Można uznać że zdążyłyśmy bo powitały nas takie kolory które połączyły się w taki sposób, że Sparks chętnie umieściłby tam co najmniej połowę swoich romantycznych scen. Spędziłyśmy na plaży dobre kilkadziesiąt minut patrząc na morze, robiąc zdjęcia i rozmawiając. I gdyby nie to, że zaczynało się naprawdę ściemniać a wizja nieprzespanej nocy dnia następnego nas prześladowała, posiedziałybyśmy tam dłużej. Następnego dnia poranny rytuał wyglądał podobnie, z tym, że zaspałyśmy (morskie powietrze służyło nam aż za dobrze) i wyżej wymienione czynności trzeba było robić kilka razy szybciej. Tego dnia spacerowałyśmy po Parku Oliwskim, Palmiarni oraz zwiedziłyśmy Katedrę Oliwską i wysłuchałyśmy niesamowitego koncertu organowego. Potem wróciłyśmy do centrum aby zwiedzić Dwór Artusa. Dalej udałyśmy się ponownie długim pobrzeżem gdzie kupiłyśmy pocztówki a następnie upolowałam kryminał Agaty Christie w malutkim antykwariacie. Potem jak na prawdziwe turystki przystało udałyśmy się pod stocznię gdańską, a z niej prosto do KFC.
W związku z tym, że nasze przygody w trójmieście dobiegały końca, zupełnie z zaskoczenia i zupełnie spontanicznie poszłyśmy pożegnać się z morzem (nie spodziewaliście się tego). Potem wróciłyśmy tylko zabrać torby i na dworzec. Rada numer jeden: zawsze sprawdzajcie dziesięć razu godzinę odjazdu pociągu, żeby nagle nie okazało się, że odjeżdża 20 minut wcześniej niż myśleliście (i tylko fuks was uchronił przed kłopotami). Koniec rady. Jednak po użyciu kilku środków transportu do domów dotarłyśmy i tak oto skończyły się przygody dwóch takich co podbiły trójmiasto i zgubiły się na dworcu w Poznaniu.
Do następnego! :)
(ph. Ala and me)
Kocham Gdańsk! *__*
OdpowiedzUsuńCudne zdjęcia!
mybeautifuleveryday.blogspot.com
Pięknie, jak ja dawno nie byłam w Trójmieście;)
OdpowiedzUsuń