środa, 19 sierpnia 2015

I'm back czyli powrót okularnika


Hej! Tak ciężko napisać choć kilka zdań na temat tego co ostatnio się działo. W jakim stanie jestem aktualnie, gdzie jestem a gdzie powinnam być. Zaczynam zatem!

Ostatni post opublikowałam 28 lipca. W skrócie opowiem to co siedzi w mojej głowie, a co działo się od tamtego czasu. Zacznę oczywiście od pracy, która pochłania zdecydowaną większość tych wakacji, nie narzekam na nią, wręcz przeciwnie. Jest to dobry sposób na wykorzystanie tylu wolnych dni. Na początku sierpnia przyjechała do Polski kuzynka z narzeczonym i córeczką - Zosią. Na tyle, ile to było możliwe spędzałyśmy razem czas, choć ten mały aniołek zachorował i bał się wszystkich dookoła. Gdy nadeszły kolejne dni wolne od pracy poszłam do... pracy. Tym razem na świeżym powietrzu bo na zrywanie wiśni. Po powrocie do domu biegłam na autobus, który zawoził mnie i Alę na próby do sąsiedniego miasteczka gdzie odbywają się próby do kolejnego spektaklu. Podczas jednej z prób nagrywaliśmy kolejne sceny do zwiastuna, w strojach z epoki jeździliśmy bryczką, a następnie udaliśmy się w inne miejsce które było równie cudowne co pałac, w którym nagrywaliśmy na samym początku. I tak oto prezentowały się moje wolne dni. Wykorzystywałam czas maksymalnie, z czego jestem w dużej mierze zadowolona, jednak z drugiej strony, wykonanie planu "po maturze" nie jest tak łatwe. Do 15 sierpnia miałam jeden dzień podczas którego bezczelnie leniłam się i wyszłam na podwórko w kapeluszu z książką. 

Na początku sierpnia nastąpiła również zmiana w moim tak jakby wyglądzie zewnętrznym. Tego posta piszę do was w okularach! Zmotywowałam się i poszłam na tak długo odkładaną wizytę u optyka. Była to jedna z najlepszych decyzji, teraz świat widzę dużo lepiej. Sama nie mogę uwierzyć, że tak długo żyłam z wadą, ba, nie byłam świadoma jej posiadania. Teraz pozostaje mi wizyta u okulisty, jednak za to zabiorę się gdy będę mieszkać w Poznaniu. A właśnie kolejną rzeczą, o której chciałam tutaj napisać jest to, że razem z Sarą mamy już zarezerwowany pokój, a mieszkać w nim będziemy od mniej więcej połowy września. Nie jest to nic rodem z tumblra, jednak jak na pierwsze studenckie lokum jest całkiem fajne. Oczywiście moje wnętrzarskie ja się obudziło i będę kombinować jak zrobić z tego pokoju miejsce, które będzie dopasowane zarówno do Sary jak i do mnie. Będzie to wyzwanie, bo zmiany muszą być dostosowane do studenckiego budżetu oraz faktu, że pokój jest wynajmowany, a wszyscy wiemy jak to z wynajmowanymi pokojami czy też mieszkaniami wygląda. Jedno jest pewne, szykują się wycieczki do Ikei i innych miejsc z rzeczami do domu. A ja oczywiście nie mogę się doczekać! (lista zakupów jest w trakcie tworzenia oczywiście)


Ale wracając do tematu, wszystkie pięknie realizujące się plany legły w gruzach gdy choroba, a konkretnie wirus bostoński dopadł mnie w sobotni wieczór. Wyszłam wcześniej z pracy, gdy wróciłam do domu działała jeszcze tabletka, którą dostałam od koleżanki więc z aż dziwną przyjemnością słuchałam hitów zza okna. U sąsiadów był purtelam, więc miałam pełen przekrój hitów osiemnastkowych na wyciągnięcie ręki (albo ucha). W niedzielę do pracy nie poszłam, gorączkę w najgorszym momencie miałam 39.8 więc domyślacie jaki wrak człowieka był ze mnie. W poniedziałek udałam się do lekarza, dostałam leki, informację dotyczącą wyjazdu i zalecenie leżenia w łóżku. Prawie nic nie mogłam przełknąć, gdyż ból gardła był tak okropny, że w oczach miałam łzy. I tak oto minął choroby dzień trzeci. Nie spałam długo, we wtorek obudziłam się z samego rana, bo kilka minut po 5. Swędziały mnie całe dłonie, i zaczynały stopy. To zwiastowało tylko jedno. Wysypka na dłoniach i stopach pojawiała się coraz szybciej i a ja jedyne co mogłam robić to leżeć w łóżku (gdyż chodzenie nie było łatwe) i łagodzić swędzenie zimną wodą, Na szczęście wieczorem po wyszukiwaniach w internecie (i załamaniu po przeczytaniu informacji na temat możliwych występujących powikłań) znalazłam maść która powinna pomóc. Na szczęście było ona dostępna w aptece i po posmarowaniu w końcu spałam spokojnie. Dzisiaj ledwo chodziłam, problemem jest dla mnie utrzymanie kubka, odkręcenie butelki wody czy też związanie włosów w kucyk. Pocieszają mnie koty, a w szczególności Lucek, który codziennie do mnie przychodzi i kładzie się obok, żeby zaraz wstać, pobiegać z Wampirkiem i wrócić. Teraz może być już tylko lepiej. Nie życzę złapania tej wirusówki nikomu, nawet największemu wrogowi. 

Jednak niesie też to za sobą plusy, obejrzałam dwa filmy, mam czas na czytanie książek i tak zwane nic nie robienie. Lekarz powiedział, że w piątek nie będę już mogła nikogo zarazić więc choroba minie, choć wysypka nadal będzie się goić. To oznacza, że wyjazd którym żyłam od matury nie jest skreślony. Choć chór wyjechał dzisiaj rano to ja mogę do nich dołączyć w niedzielę, gdy zarówno oni jak i ja będziemy bezpieczni pod względem wirusa. 


Wyjazd zatem tuż tuż! Marta z Dominikiem i jeszcze innymi osobami dbają o to, abym miała relację na żywo z tego etapu ich podróży. Zasypują mnie zdjęciami przez co ja nie nudzę się będąc stale w łóżku. W międzyczasie robię listy rzeczy do spakowania do walizki, jak i rzeczy, które chcę sobie przywieźć z drogerii DM, którą być może uda mi się odwiedzić w Flensburgu. Uwielbiam robić listy i zapisywać, więc po przejrzeniu oferty drogerii, opinii internautek, oraz walce z własnymi myślami stworzyłam całkiem (mam nadzieję) rozsądną listę - z blisko 30 początkowych produktów zostało ok 6. Myślę, że to zasługa książki Asi Glogazy, która zmieniła sposób mojego myślenia w pewnych kwestiach. Ale to temat na osobny post. W planach mam również zrobienie listy rzeczy do zobaczenia w Flensburgu, gdyż tam będziemy mieli sporo wolnego czasu, oraz listy co jeszcze muszę zrobić zanim wyjadę. Danio, Norwegio, tak łatwo wam nie odpuszczę!

Teraz uciekam, chcę opublikować jeden post który powinien pojawić się na początku miesiąca, szukajcie go więc pod datą 1 sierpnia, oraz jeden zakupowy, zobaczę jak się wyrobię. Jednak czuję że w sobie mam dużo energii, którą po części zyskałam przez chorobę. Zatem, czekajcie, mam nadzieję że nie będą to dwa tygodnie....

Do następnego! :)

PS Zdjęcia są autorstwa Natalii z Jest Rudo. Nie jest wymagane by je oznaczać, jednakże te zdjęcia to kawał świetnej pracy, więc nie mogłam tego zostawić bez słowa i opublikować nie podając autora... ;)

3 komentarze:

  1. baw się dobrze na wyjeździe Kochana!

    OdpowiedzUsuń
  2. Współczuję tej choroby, matko :O
    Ale ogólnie fajnie, że wrociłaś! Przyjemnie się czytało!
    http://mybeautifuleveryday.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Teraz sobie przypominam jak byłam w szoku, gdy dowiedziałam sie, że mam wadę wzroku i to uczucie gdy założyłam po raz pierwszy okulary to świat wydawał sie o wiele piękniejszy.
    http://kruczegniazdo94.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

-> Czytam wszystkie wasze komentarze i dziękuję za każdy pozostawiony po sobie ślad! :)
-> Akceptuję WSZYTSKIE komentarze z wyjątkiem spamu.
-> Uznaję obserwowanie za obserwowanie.