środa, 8 lipca 2015

Blog update czyli o życiu prawie studentki


Hej! Gdybyście kiedyś usłyszeli w Wiadomościach (o ile je oglądacie), o osobie którą trapi na przypadłość chorowania przed każdą podróżą różnego rodzaju, to wasze myśli mogą spokojnie płynąć ku mnie. W ostatnim poście pisałam z radością, że w niedzielę wyruszam na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Szkoda, że tylko pisałam gdyż piątkowego popołudnia już leżałam z gorączką, mając kaszel i katar w pakiecie. O ile w roku szkolnym był to czas piękny, tak teraz już niekoniecznie. I tak oto zostałam w domu, użalając się nad swoją nędzną egzystencją. A skoro już o użalaniu się nad swoim życiem mowa, to warto wspomnieć, że dane było mi pozostać w domu podczas pogody, za którą tęskniłam ja i moja blada skóra. Umierałam więc tego weekendu z powodu choroby, pogody - niemiłosiernych upałów, swojego życia nie prowadzącego do niczego sensownego, niemożności pójścia na Jasną Górę i jeszcze raz pielgrzymki na Jasną Górę. Teoretycznie mogłabym dojechać do nich autobusem, jednak połączenia nie są dość korzystne, podobnie jak stanowisko mojej mamy w tym względzie. Nadal jest mi smutno i użalam się nad tym że nie ma mnie na trasie, ale postanowiłam, że zjawię się na Jasnej Górze we wrześniu. I mam nadzieję, że nie odwiedzi mnie pewna znajoma na "g" o liczbie znacznie przewyższającej 36,6. Teraz jednak próbuję znaleźć sobie zajęcie, które będzie dość produktywne, do 17 lipca (gdyż otrzymałam urlop na czas pielgrzymki, a teraz osoby z pracy gdy zobaczą mnie na mieście uznają mnie za największego łgarza tego świata).

A co działo się ostatnio? Otóż oprócz umierania z wyżej wymienionych powodów, twierdząc, że gorzej już ze mną i tak być nie może, a w niedzielę nie stawię się na trasie, w późny sobotni wieczór spontanicznie wybrałam się z Werą i Mateuszem na spacer. A raczej zostałam wywołana przez nich na podwórko po godzinie 22, a stąd tak jak stałam zabrali mnie ze sobą. Dobrze, że było ciemno, bo śmiało mogłabym robić za postrach ulic miasta, a za 10 lat krążyłby o mnie legendy, i to niekoniecznie te pozytywne. Chodziliśmy wokół szkoły do której dane mi było uczęszczać ostatnie 3 lata a potem siedzieliśmy w samochodzie słuchając radia, żartując, rozmawiając i rozmyślając nad sprawami bardziej błahymi jak i nad wspomnianą ludzką egzystencją. Wróciłam do domu około północy, obdarowana dużą czekoladą, w której zatapiałam swoje smutki dnia następnego. O dziwo w niedzielę gorączka zamiast wzrosnąć się zmniejszyła, a ja zaczynam się zastanawiać czy nocne spacery będą równie skuteczne w leczeniu co tabletki. W kolejnych dniach za namową mamy i kuzynki udałyśmy się na zbiory borówek (wstałam o 5, brawa dla mnie), i będziemy je kontynuować niebawem. Już w oczekiwaniu na książkę Asi STYLEDIGGER (na którą czekałam z niecierpliwością, i nadal czekam gdyż zamówienie jest w trakcie realizacji), o której huczy cała blogosfera, rozpoczęłam rewolucję w szafie. Do perfekcjonizmu mi daleko aczkolwiek pozbyłam się worka rzeczy z cyklu "niezniszczona, miałam ją raz, może jeszcze założę" bądź "a w niej byłam z Rzymie 6 lat temu!" (yes.). Jestem, niesamowicie usatysfakcjonowana, i w szafie mam rzeczy które faktycznie noszę - rzadziej lub częściej, ale jednak noszę, Głębsze przemyślenia pojawią się po lekturze tej książki i boję się rewolucji jakie w mojej głowie (i szafie oczywiście) wywoła.

W tym poście nie może zabraknąć kota. Oto Guzik aka Luluś. #niemampojęcijakgonazwać

Z równie ciekawych i interesujących rzeczy jakie wam miałam zamiar opowiedzieć (a opowiadać lubię więc post chyba będzie należeć do tych dłuższych) została jeszcze jedna. W dniu wczorajszym zostały ogłoszone wyniki pierwszego etapu rekrutacji na Politechnice. Dostałam się. Więc jeśli nawet nie uda mi się dostać na UEP (tam wyniki za dwa dni!) to już teraz mogę powiedzieć: Ahoj studencki świecie, przybywam w październiku! Skoro kwestię "dostanę się czy nie dostanę się oto jest pytanie" mam już za sobą, pozostaje mi kupno laptopa i poszukiwanie noclegowni na okres 5 lat studiów. Nie wiem czy zdecyduję się na akademik czy mieszkanie, jednak oznacza to jedno. Poszukiwania pokoju. Takiego który będzie miał ładny widok za oknem i białe ściany. Może oczekuję cudów, ale jestem w stanie podjąć się wchodzenia kilka razy dziennie na 5 piętro żeby mieć ładny widok, jednakże nie chcę mieszkać w pokoju składającego się z absolutnie wszystkich kolorów istniejących na tym świecie. Białe ściany byłyby spełnieniem marzeń, bo potem mogę już działać w kwestii dostosowania wnętrza do mnie dodatkami. Zapewne we wrześniu będę żyć Ikeami, pchlimi targami i tym podobnymi i będę wyglądać wtedy prawie jak zbyt podekscytowane nie wiadomo co, ale z pewnością zbyt podekscytowane.

Teraz kończę, nadszedł najwyższy czas na oglądanie Friendsów (serialu mojego życia swoją drogą), gdyż ostatni odcinek pierwszego sezonu zakończył się tak, iż cały dzień rozmyślam nad przyszłością Rachel i Rossa. Czas zatem zakończyć te rozmyślania jak i blogowe opowieści.

Do następnego! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

-> Czytam wszystkie wasze komentarze i dziękuję za każdy pozostawiony po sobie ślad! :)
-> Akceptuję WSZYTSKIE komentarze z wyjątkiem spamu.
-> Uznaję obserwowanie za obserwowanie.